RECENZJE

Nelly Furtado
Loose

2006, Geffen 6.9

Warszawa, 20 sierpnia 2006
Panel dyskusyjny na temat nowej płyty Nelly Furtado "Loose" – zapis:


Moderator: Witam wszystkich i zapraszam do dyskusji. Zacznijmy od tego że to trzecie wydawnictwo w dorobku Kanadyjki portugalskiego pochodzenia.

Osoba 1: Kanadyjki? To ja nie wiedziałem tego jakby.

Moderator: Dziwnym nie jest, skoro większość wybitnych Kanadyjczyków bierze się zwykle za przedstawicieli innych narodowości. Z pobliskiego koszyka chociażby? Neil Young – przecież konserwatywne południe Stanów. Joni Mitchell – hippie ballad shit, Kalifornia. Leonard Cohen – egzystencjalna poezja z NY. Znana sprawa.

Osoba 2: Furtado wygląda jak standardowa Latynoska i tak się ją uznaje.

Moderator: Na tym nowym krążku widać wyraźny zwrot w estetyce reprezentowanej przez artystkę, co państwo o tym sądzą, słucham.

Osoba 1: No są wyraźne zmiany. To jest z pewnością ciekawe i na plus. Do tej pory traktowałem poczciwą Nelly jako typową gwiazdkę pop z telewizora, wpadającą jednym uchem, wypadającą drugim. "I'm Like A Bird", ta naiwna słoneczna balladka, to kwintesencja przeszłego wizerunku dziewczyny – niewymagającej, słodkiej, niepewnej siebie, bez charyzmy i charakteru. Ale w nowym wcieleniu laska ma charakter, a nawet charakterek, nawet rodzaj pazurka. I myślę, że sporo pomógł jej w tym Timbaland, niezwykły producent, który wywiera zawsze wielki wpływ na solistki z którymi pracuje – by wspomnieć tylko Missy i Aaliyah. Brawa dla owocnej kolaboracji i przeobrażeń na gruncie muzycznym – od mdłych śpiewek do rasowych bangerów r&b.

Osoba 3: Sekundę, ale po kolei. Zacznijmy od tego, że Furtado to zupełnie inny rodzaj postaci niż schematyczna "panienka", którą wytwórnia ubiera w ciuszki, narzuca zdanie producentów i napisane przez kogoś piosenki, zmusza do śpiewania "gotowców" i tak dalej. Jest to mega utalentowana i zdolna kobieta, multiinstrumentalistka, kompozytorka i autorka, a że robi w popie, to już kwestia jej prywatnych preferencji. Zaprzeczenie szufladki "Britney", tylko mało kto o tym wie.

Osoba 2: Błagam, nie żartujmy. Właśnie label dokładnie zaplanował każdy detal w promocji tej nowej płyty... Czysty biznes, mainstream...

Osoba 3: Nie, ale nie przerywaj mi. Właśnie chciałem...

Osoba 2: Ale przepraszam, my jesteśmy na "ty"?

Moderator: Panowie, proszę...

Osoba 1: Widzę że pan numer 2 bardzo się przejął swoją misją oświecania społeczeństwa że pop jest niedobry, hihi.

Osoba 3: No ale właśnie zmierzam do konkluzji, że się rozczarowałem, bo dla mnie Loose to sztuczny konstrukt, na każdej płaszczyźnie. Dla mnie Nelly Furtado to jest dziewczyna siedząca z akustykiem przed mikrofonem. Mam w domu Whoa i Folklore i taką Nelly lubiłem, a teraz nie dość że szefowie kazali jej być na siłę wyzywającą niunią, to jeszcze zaingerowali w stylistykę, gdzie to pogięte r&b kompletnie do niej nie pasuje. Z takich rzeczy to ja naprawdę wolę Missy...

Osoba 2: Ten sam szajs, zwykły popik, muzyka dla wykastrowanej wrażliwości... Niezależnie czy wczesna Nelly, czy nowa Nelly, czy jakaś Missy Srissy – nie da się tego słuchać i już!

Moderator: Nie, ale pan troszkę niemerytorycznie teraz powiedział.

Osoba 1: Rzeczywiście, mimo walorów muzycznych, coś jest w tym o czym wspomniał pan 3. Chodzi mi o image i promocyjne patenty przy nowej płytce. Istotnie, firma fonograficzna najprawdopodobniej byłaby bardziej zadowolona z noty 6.9 w recenzji Porcys niż z 10.0. Może nieco przesadzam, ale analiza SWOT wykazała zapewne potrzebę akcentowania i eksponowania wątków seksualnych w promocji. Nelly nie jest ani pięknością, ani gorącym kociakiem, ani "twardą sztuką" – a dokładnie tak przedstawia się ją w klipach, na zdjęciach i w wywiadach. W tym wszystkim ona sama czuje się chyba nieco skrępowana, bo to nie ten typ dziewczyny po prostu. Te liryki o uwodzeniu facetów, to sprawia że czuję się zmanipulowany.

Moderator: Lecz okazuje się, że ta misterna strategia przyniosła wymierny rezultat – miliony sprzedanych egzemplarzy mówią same za siebie. Erotyzm i zmysłowość idą jak świeże bułki. Takiego sukcesu Furtado jeszcze nie doświadczyła. A więc działanie wyłącznie marketingowe, w domyśle z założeniem komercyjnym?

Osoba 1: Pewnie stąd cały cyrk, bo Folklore było porażką z punktu widzenia popularności i tym razem warunkiem wysokiego budżetu była metamorfoza wizerunku. Łatwe do rozgryzienia.

Osoba 4: Heh, tak przysłuchuję się tej wymianie opinii i przyznam, iż nieco się skonfundowałem. Troszkę nie wiem o co panom chodzi za bardzo. Znaczy rozumiem że uprzedzenia, ale czy ktoś tu w ogóle słuchał muzyki z omawianej płyty? Bo pomijam już, że bycie zmanipulowanym zakłada z góry pozycja odbiorcy popkultury – która jest jedną wielką manipulacją i jeśli komuś się to nie podoba, to niech idzie gdzie indziej. Pomijam też, że dla mnie te momenty w których Nelly zgrywa "teasera" są na maksa przekonujące i wiarygodne. Serio, posłuchajmy "Promiscuous", z tą rapowaną, zainscenizowaną "rozmową" z Timbą. Lala jak się patrzy, konkretny imprezowy podryw. Ale MUZYKA panowie. Tu są wielkie utwory!

Osoba 3: No jakie wielkie utwory.

Osoba 4: Pierwsze cztery tracki to majstersztyk! Miazga! Zapowiedź arcydzieła! Każdy następny rzuca nowe wyzwania i podnosi poprzeczkę w zakresie avant-r&b. Najpierw przyczajony, mroczny opener "Afraid". Linia melodyczna od 0:35 – słabe? Kompletnie nieprzewidywalny rozwój, od klaustrofobicznego electro, przywołującego na myśl tegoroczne dziełko Knife, po spontaniczny refren na głosy a capella. Potem single których komentować chyba nie muszę, bo ciężko raczej znaleźć na Ziemi kogoś z dostępem do radia czy TV kto ich nie zna. "Maneater" to kwintesencja 2006 w muzyce, synkretyczna summa osiągnięć popu po dzień dzisiejszy, zmieszana w shakerze i podana jako bezkompromisowy, żrący koktajl z narracją o tym, że "bo to zła kobieta była". Kiedy ostatnio tak absurdalnie dziwaczne i ryzykowne numery okupowały listy przebojów? Legendarny, wybity w miksie, syczący otwarty hi-hat to już w tej chwili jeden z najbardziej kultowych "smaczków" dźwiękowych XXI wieku. W ogóle partia bębnów. Timbaland jest geniuszem. Jeśli jakiś kawałek z 2006 zostanie z nami na lata, to właśnie ten.

Osoba 1: Fakt, wybitna rzecz ten "Maneater". Btw na Porcys za mało dali w playliście.

Osoba 4: Nie ale ten kolo już nie trafił z oceną "Hollaback Girl" rok temu, więc to chyba nie jego działka troszkę. Tam zdaje się zresztą nikt nie traktuje go poważnie.

Osoba 3: Bzdury, Timba skończył się dawno. A przynajmniej obniżył teraz loty i to znacznie.

Osoba 4: E tam, może generalnie obniżył, aczkolwiek potrafi być w formie kosmicznej, co potwierdza kolejny "Promiscuous". Gdyby gościu od felietonu o Neptunes na Porcys pisał podobny o Timbalandzie, to oba te hiciory musiałyby się znaleźć co najmniej w dwudziestce. A po "Promiscuous" wchodzi najbardziej eksperymentalny fragment albumu, "Glow". Gęsty syntezator i fałszywa harmonia wokalna znów pogłębiają pokrewieństwa z Silent Shout, zmierzając do adekwatnych, neurotycznych mostków. Tak by Knife obecnie wyglądali, gdyby zdradzili techno dla r&b. Wstrząsające. Pierwszy kwartet piosenek to potęga. Wydać je na EP-ce i lista dekady dla mnie. Taki przedział zapowiadają; szkoda że potem jest już słabiej.

Osoba 1: No właśnie, bo nie ulega wątpliwości że otwarcie wymiata, ale później zdarzają się wpadki. A porównanie z Knife nieco na wyrost imho.

Osoba 4: Wcale nie. Mam więcej dowodów na sens tej tezy. Weźmy edycję ścieżek wokalnych, jakieś zabiegi na głosie, traktowanie ich jak środka wyrazu. Podobne do tego co Dreijerowie robią. A po "Glow" wpierw jest "Showtime", zwiastujące w gustowny sposób przejście do delikatniejszych klimatów.

Osoba 1: Zgoda, miłe, lecz od "No Hay Igual" zaczynają się właściwie wypełniacze. Tradycyjnie płyta commercial-popowa nie umie utrzymać równego wysokiego poziomu.

Osoba 3: Otóż to! Co to ma być, jakieś niedokończone mierne szkice z kajetu Timby ("Wait For You"), zwrotki bez refrenów ("Say It Right") oraz zwłaszcza niewyobrażalnie błahe i puste hollywoodzkie pieśni o niczym ("All Good Things", "In God's Hands"), okraszone fatalną próbą powrotu do południowych korzeni (wykonany w języku Luisa Figo duet z Juanesem "Te Busque"). Bleee.

Osoba 1: Te smęty to w ogóle nie jest robota Timby. Aha, a propos duetów, to w "All Good Things" miał śpiewać Chris Martin z zespołu Coldplay, ale jego wytwórnia się nie zgodziła, czy coś.

Osoba 3: On to nagrał tylko potem ta wersja nie weszła. W ogóle jakieś złe decyzje personalno-materiałowe wyczuwam tu intuicyjnie. Neptunes mieli robić bity, Scott Storch miał kręcić swoje wałki na boku. Coś nie wyszło, a biorąc pod uwagę filler w trackliście, robi się żal.

Osoba 4: Panowie, ale zapomnieliście o najlepszym z perspektywy fana klarownego popu kawałku Loose, a mianowicie "Do It"!

Osoba 1: A racja, wiadomo.

Osoba 4: Normalnie cukierkowy chart z 80s się kłania, Paula Abdul circa "Straight Up" albo Madonna circa Like A Prayer. Przeurocze melodyjki, romantyczny przekaz, cudeńko.

Osoba 1: Basement chcieliby to mieć na nowej płycie!

Osoba 3: Nie no jest parę przebłysków, ale za mało żeby mówić o udanej całości.

Osoba 4: I tu tkwi właśnie paradoks tego krążka! Dawno już nie napotkałem tak nierównego materiału, do którego jednocześnie tak chciałbym wracać i jest tak elektryzujący.

Moderator: Drodzy panowie, zbliżamy się do końca naszego spotkania. Poproszę o krótką puentę od każdego z was.

Osoba 1: Fajnie, że Nelly poszukuje, drąży i sięga po ambitniejsze rejony popu. Wyszło jej to na dobre, tylko ta poza "żylety" jej nie do twarzy...

Osoba 2: Słabizna do kwadratu. Dajecie się panowie nabierać na tanie chwyty jakichś ludzików w garniturkach którzy próbują wami sterować. Winszuję. Nie wiem skąd się znalazłem na tym focusie.

Osoba 3: Wolę wczesne nagrania Nelly. Są bardziej spontaniczne i prawdziwe. Tutaj niby widać jakiś koncept, ale to jest na siłę.

Osoba 4: Płyta ma momenty rzeczywistej awangardy w świecie komercji. Timba daje radę jak dzik. Są mielizny, ale ostatecznie minusy nie przesłaniają mi plusów, z których najważniejszym jest fakt, że Loose to rzadko w tych czasach spotykana, fascynująca wolta estetyczna w świecie ugruntowanych i skostniałych systemów komercyjnego popu. Respekt.

Moderator: Czy mogę uznać te wypowiedzi za konsensus? Dziękuję panom, dziękuję państwu i zapraszam na następne odcinki cyklu. Dobranoc.

Borys Dejnarowicz    
8 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie