RECENZJE

Nellie McKay
Pretty Little Head

2006, Hungry Mouse 6.0

Droga Nellie!

Piszę do ciebie list otwarty w sprawie płyty na którą czekałem być może najbardziej z całego roku, a mianowicie twojej sophomore effort. Nim zacznę przemowę, wpierw małe wprowadzenie. Wybacz poufałość, bo niby wcale się nie znamy, ale... Jak to ująć... Yy, pod wpływem twojego debiutu ja się autentycznie zakochałem. Tak, w tobie. I co najciekawsze, zakochałem się platonicznie, co za wyjątkiem osób jakie napotkałem w życiu realnym nie zdarzało się prawie w ogóle. Bo mnie to głównie wiesz, interesuje rozmiar biustu Sarah Harding na zdjęciu z kalendarza co tu wisi na ścianie (C z pushupem – podpowiada mi uroczy ekspert płci żeńskiej?) i takie tam podobne akcje, ale to są zajawki czysto fizyczne. Z tobą było inaczej. Nie wiem czy sprawia to twój głos (całkiem możliwe), czy to o czym i jak śpiewasz (jeszcze bardziej), a może ogólnie twoja "postać" przy której doznaję jak dzik po prostu (najbardziej). W sensie że będąc starsza ode mnie o rok potrafisz tak fantastycznie grać na fortepianie śpiewając że mi kopara opada. I nie mówię wcale o technice, lecz o emocji.

Na Get Away From Me dosłownie każdy numer zabijał mnie uwodzicielską miksturą inteligencji, urody i sprytu. Mógłbym wybrać dowolny fragment na chybił trafił, i i tak bym trafił. "Sari" kładło na łopatki białasowskim żeńskim rapem. "I Wanna Get Married" rozczuliło mnie twardego faceta do łez, rozumiesz? "Toto Dies" kazało mi się zastanowić czy aby nie za mało mam na półce płyt z piosenką aktorską, którą całe życie bezlitośnie wyszydzałem. "Clonie" ośmieszało słabość tych wszystkich "niewinnych" niezal-popowców wynoszonych na piedestał każdego miesiąca. A "Baby Watch Your Back" kiedyś zatrzymałem na repeacie na pół dnia w samochodzie jeżdżąc po mieście, bo nie chciałem przerywać tego zachwytu. Te melodie wydawały się machnięte z lekceważącą nonszalancją, a w istocie każdy dźwięk wpasowywał się z łatwością w idealne miejsce. Społeczne obserwacje bezpretensjonalnych, acz charakternych w swojej naturalności tekstów chwytały za serce. Ponadto, ten album był w stanie wyciszyć mnie i zrelaksować w dowolnej sytuacji. Rzadkość.

Tym razem – nie cierpię tego stwierdzać, ale chcę być z tobą szczery – twoje piosenki już nie fruwają. Jak Jordan, że co ty pieprzysz, już nie fruwa. Tylko sporadycznie obecny jest tu ten bossowski duch poprzednika. Natomiast mnóstwo tracków to jakieś rozczarowanie dla mnie. W "Yodel" jodłujesz niczym Gwen – no proszę cię, po co. Kanciaste rzeczy jak "The Big One" czy "Swept Away" wyglądają na męczącą parodię twojego wdzięku. Utwory typu "Beecharmer" wydają się ciekawą koncepcją na papierze, ale bez rozwinięcia w praktyce, i czemu Cyndi Lauper? W ogóle materiał jakiś taki smutniejszy, nie ma już tej otuchy i nadziei. Ok, sam też chyba smutnieję dorastając, ale od albumu na który się czeka miesiącami w oparach kontrowersji, zmiany labela – oczekuję bogactwa barw, nastrojów. Wstyd, ale krążek Paris kopnął mnie bardziej. Ba, twoja niemal-imienniczka, Portugalka z Kanady – też! 21 jednostek straży i nie ma mikrofonu! Wstyd!

Ja wiem, że "po co podwójny album! trzeba było okroić, a nie się wozić!" to okropnie wyświechtany frazes (Get Away z niego wspaniale drwi), ale – niestety – w przypadku Pretty Little Head sprawdza się brutalnie prawdziwie. Około połowa tracklisty jest zbędna imho... I postanowiłem nawet to wykazać za pomocą wyimaginowanej, nowej, okrojonej tracklisty w innej kolejności. Zerknij: gdyby tak przedstawiałaby się ta płyta, to uwzględniłbym ją na swojej liście rocznej (coś, o czym marzyłem przez cały 2006) – dowodzi to, że dobrej muzyki na Pretty sporo, ale za dużo wypełniaczy i nudziarstwa. Oto ja "playing God":

01 There You Are In Me
Świetnie spełniałoby funkcję wprowadzenia z tym przyczajonym, "poważkowym" pasażem pianinka i rozwijającą się formą, od liryki po trans skandowanego we mgle chorusa.

02 I Will Be There
Jedna z moich ulubionych kompozycji tutaj. A z kolei aranżacyjnie, brakuje mi większej ilości takich ozdobników jak hammond, bębenki z ręki czy zwłaszcza wibrafon. Za to brawo. No i progresje, świeżość.

03 Pounce
Czyli klasyczna Nellie ze swoim kabaretowym, pastiszowym bounce'm o zwierzątkach. Przerywnik w roli następcy "The Dog Song".

04 Cupcake
Refren to okazjonalna w tym zestawie chwila popowej magii, mówię o linii "I need you in the morning" i tak dalej. Jejku jak ja cię ubóstwiam taką. Czemu czemu czemu nie ma więcej. Zrozum nikt nie ma daru pisania tak słodkich i oryginalnych zarazem hooków. Mistrzyni (niespełnionego potencjału), urwisie ty!

05 The Down Low
Był u nas taki nieodżałowany zespół Republika i oni też mieli takie new-wave'owe, akcentowane rytmicznie podcięcia klawiszowe. Wyraziste, zapamiętywalne.

06 G.E.S.
Troszkę z pozoru irytują te chóry w backgroundzie, ale klimat dźwiękowy odstaje na tyle, że warto tę miniaturę zostawić, bo wsumie – gwarantuje ekstra słuchanie.

07 Pink Chandelier
"Hello stranger / Fellow stranger" – nikt tego by nie zaśpiewał tego lepiej od ciebie. Jestem na tak.

08 Happy Flower
I nagle coś tajemniczego! Plus septymolki zmniejszone, moje ulubione! (Pyszne kurczaki, egzotyczne smaki!)

09 Long & Lazy River
Stylowe balladzisko jazzowe.

10 Lali Est Parisseux
Cóż, sam język francuski uwiarygadnia ten wybór.

11 Columbia Is Bleeding
Czyli klasyczna rozpędzona Nellie w dramatycznym groovie z sensacyjnym flowem i art-rockowym pulsem funku. Boskie.

12 GLADD
Pieśń urodzona na finał. Pomyśl, pomyśl dziewczyno!

I proszę, masz. 1 CD zamiast 2 CD. 7.0. Niestety, to co odrzuciłem jest na 5.0. Ktoś powinien był przeedytować ci owoce tej sesji, nim je wydałaś. Ludzie w oficynie Columbia to zrobili (ich domniemana 16-trackowa wersja zawierała wszystkie moje typy prócz "Pounce" – zbieg okoliczności?), a ty nie posłuchałaś, bo jesteś dorosłą, niezależną kobietą. Lecz oni mieli rację: bez takiej obróbki całość dłuży się niemiłosiernie, a piosenki zlewają się w siebie. Zrozum: nadal cię uwielbiam, za klasę, styl i smak, którymi wciąż z powodzeniem kasujesz konkurencję. Ale brak tym kawałkom błyskotliwości jakiejś, geniuszu. Where's the rap? Nawet nawijka w "Mama & Me" wypada żałobnie i blado. Dominują smęty. Konfundujące w kontekście twojego anty-smęciarstwa do tej pory, za co cię właśnie tak lubiłem. Że jak ballada, to podszyta zmysłowością, intensywnością i słodyczą równymi gorącemu pocałunkowi. Sadly, not anymore. A gdzie naiwne rymowanki się podziały? Ech. Może ze mnie wybredny bej, ale będę cierpliwie czekał na powrót supermenki McKay z Get Away, ok? No to całuję, hej.

Borys Dejnarowicz    
26 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie