RECENZJE

Negatyw
Pamiętaj

2004, Warner 4.2

Przyznajcie się, z góry postawiliście kreskę na nowej płycie Negatywu. Wydaje to się logiczne, popatrzmy zresztą – bardzo często najlepszym krążkiem zespołów są ich debiuty (banał). Poza tym nasz rynek, heh, fonograficzny. Mało wydaje się prawdopodobnym, by Negatyw miał dostateczną swobodę działania, by mu sugestywnie nie "podpowiadano" co jak zrobić. Dowód? "Mam To Co Chciałem" (ej, postać linijki "Powtarzam jestem / Wesołym facetem"). Interwencją sił nieczystych pachniałaby już sama obecność tego słodziutkiego potwora na albumie. Obranie go na pierwszego singla promującego Pamiętaj nie pozostawia większych wątpliwości co do zbyt wielkiego wpływu wytwórni na działalność zespołu.

Chłopaki z branży ostatecznie nie są tacy źli, o czym fan Negatywu mógł się przekonać oglądając wywiad z Mietallem w słynnym (acz nie rozumiem zbytnio czemu) "Mopmanie" Roberta Leszczyńskiego. Dziennikarz ów ma spore problemy z wysławianiem się (z angielskim również: nazwę Stereolab wydukał później niczym hodowca świń z Małej Cichej, który pierwszy raz w życiu ujrzał przed sobą litery "a", "e", "o", "b", "l", "r" "s", "t" ułożone w tej akurat kolejności). Koincydentalnie udało mu się co nieco powiedzieć. Ku osłupieniu Walusia, zaczął zatem najpierw ganić Paczatarez, co okazało się punktem wyjścia do wychwalania tegorocznej płyty Mysłowiczan. Frontman Negatywu chwilowo spuścił wzrok, podśmiewając się w duszy z blondwłosego oszołoma, którego słowa musiały zrodzić się nigdzie indziej, a w jednym z urzędniczych pokoi Warnera. Bo wiecie, prawidłowe ocenienie która z płyt Negatywu jest lepsza może stanowić dobry początek przygody z muzyką czternastolatka, który ma zbiorze dwie i pół kasety. Choć może przesadzam z zarzucaniem myster Leszczyńskiemu fałszerstwa. A bo my wiemy przecież czy przekroczył on już ów młodzieńczy etap? Nie wiemy.

Ale wróćmy na powierzchnię. A tu jawi się zaskoczenie. Bo wbrew najczarniejszym przewidywaniom, follower wartościowego Paczatarez nie stanowi jego zwiększonego odbicia po drugiej stronie środka skali oceniania. Jego omawianie tymczasem i tak trzeba zacząć od wad. Mietall. Mietall-Mietall-Mietall. Można mu oddać, że ograniczył znacznie swoją manierę. Że... yyy... ekhem. Dobre wrażenie po tej korzystnej zmianie znika od razu, gdy jeszcze obniżona jakość tekstów zadaje bolesne pytanie – ile Waluś zna czasowników? 5? 10? 15? Zaraz się zacznie... polemika, że pisać nie jest łatwo. Z góry odpowiadam – a czy można gorzej? Nawet gdy zlekceważymy treść tych dwunastu diatryb przeciw wszystkiemu a zarazem niczemu, trudno przejść obok mnogich momentów, gdy (jak to nazwała znajoma) "wydaje on z siebie te dziwne dźwięki, lol". Największym (ale nie jedynym) kuriozum jest fragment "Dlaczego Źle Mi Życzysz", gdy nasz dobrodziej... szczeka. Nie jest to póki co skowyt jamnika ścierającego się z drugim jamnikiem o swój ulubiony hydrant, a tylko odczytanie polskiego zapisu psich dźwięków. Pytanie, jak przeszło Mietallowi przez gardło powtarzane parę razy "ha-uuu" (dla niecnej zmyłki zapisane w książeczce jako "hałułu", ale nas nabrali), pozostanie zagadką.

Schodząc z Walusia lokujemy się przy brzmieniu. Co prawda jest ono obecnie bardziej profesjonalne: poszczególne elementy przyjemnie na siebie nachodzą, nie kolidując, a zarazem tworząc krajobraz spójniejszy niż w przypadku Paczatarez. Ale ograniczono jednocześnie poszukiwania aranżacyjne. Pytam się: dlaczego? Jest to niestety element sztucznego upopowienia (w polskim, koślawym rozumieniu tego słowa) Negatywu, czego apogeum jest zrugane już wyżej "Mam To Co Chciałem". Wprawdzie trudno stwierdzić, by na debiucie Mysłowiczanie kąsali, ale można było mówić o ich agresywniejszej stronie, która zresztą była tą lepszą. Dziś ledwie jedna próba podniesienia gitarowej zawieruchy nie kończy się fiaskiem. Mowa o rozwichrzonej czwórce, "Tłustoszu", odpowiedniku "Na Mojej Ulicy". Utwór ma prawdopodobnie najlepszy polski refren tego roku. Po nim prostota, która nader silnie owładnęła krążek (w każdej płaszczyźnie), coraz trudniejszą czyni walkę ze znużeniem. Chwilowe ożywienia na szczęście następują, jednym z nich jest "14 I Pół Minuty", kolejny song mający nas zaniepokoić, albo październikowo-listopadowy "Ty Też". Piosenka ta broni się przed zarzutami prymitywizmu dryfującym w zwrotkach zimnym feelingiem, który, co jak co, ale udało się zespołowi osiągnąć.

Części słabych utworów wyrzucałbym bezprzedmiotowość (jak w instrumentalnym "Evol", ślamazarnym, ale przede wszystkim całkowicie pozbawionym czegokolwiek), części wspomniane przesłodzenie (choćby przypominający kiepściutkie ballady z Korova Milky Bar "Rak Mózgu"). Poza tym, na Paczatarez dużo się działo. Nawet wkurzające "Lubię Was" miało zgrabne chwile (ej, to solo wiosła w końcówce). Pamiętaj jest znacznie uboższe w hooki i wszelakie zagrywki-pogrywki, a więcej zawiera gitarowej woskowiny, pełniącej rolę, jak wiemy, zatykającą dziury, dziurki, dziureczki. Największa taka wyrwa mieści się w utworze tytułowym albumu. Wykazując się przysłowiowym refleksem szachisty, zespół ocknął się po niespełna trzech minutach trwania piosenki, trwania dotąd bezwiednego. Cóż to, powiecie, 180 sekund! Pomnóżmy jednak tę liczbę razy parę tysięcy istot, które przez tę jedną dwudziestą godziny nie tyle nawet nie zrobią niczego pożytecznego, nie tyle nawet nie zaznają przyjemności, co omal nie zakończą żywota przez ciężkie wynudzenie. Sprawa nabiera wagi.

Lecz tak naprawdę Pamiętaj nie można traktować w kategorii klęski. Z nazywaniem tego krążka porażką również nie zgodzę się w stu procentach. Nie chcę smyrać nikogo po pupci, ale spójrzcie na to z tej strony – polskiej muzyce przybyło kilka dobrych piosenek. Te złe najwytrwalsi statystycy rodzimej sceny dawno przestali liczyć, a zatem chyba można na nie przymknąć oko?

Jędrzej Michalak    
5 maja 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja