RECENZJE

Negatyw
Paczatarez

2002, Warner 6.2

Na debiutancki materiał Negatywu wszyscy wkoło czekali. Każdy z innych powodów. Jedni upatrując w śląskiej formacji następne objawienie gitarowego rocka w Polsce (po Myslovitz). Drudzy zaliczają się po prostu do zdeklarowanych fanów naszej fonografii. My natomiast, czekaliśmy na Negatyw z powodu Mietalla Walusia – lidera zespołu, który, jak pewnie pamiętacie, był współautorem zjawiska o nazwie Lenny Valentino. Zniecierpliwieni, w końcu otrzymaliśmy do rąk pierwszą płytę długogrającą Negatywu. I co?

Paczatarez zaczyna się od kawałka tytułowego, w którym psychodeliczne gitary spotkały transowy rytm, odrobinę chaosu i solidne rockowe granie. Jest to jedna z najciekawszych kompozycji na płycie; choć obfituje w kilka kontrastujących klimatycznie motywów, to podoba się jako całość. Czego nie można powiedzieć o piosence następnej, "Amsterdam". Równie dobrze może to być najsłabszy moment albumu: powtarzany w kółko obieg gitar (trzy banalne akordy), poparty mizerną, przewidywalną oprawą melodyczną i denerwującym śpiewem Mietalla, który swoją manierą kaleczy linię.

Co do tej sławnej maniery interpretacyjnej Mietalla. Ja nie mam nic przeciwko niej. Mało tego, sądzę, że chłopak ma prawo do specyficznego cedzenia słów, jeśli mu się to podoba. Przynajmniej odróżnia się od reszty rodzimych wokalistów (choć pojawiały się porównania do wczesnego Rojka, hm, czy ja wiem). Ale w ogóle trzeba odejść od jakichś stereotypów: trzeba robić tak, czy tak. Negatyw chce być zespołem niezależnym i takie prawie-mówienie pasuje do wizerunku, do koncepcji. Czasem, jak w "Lubię Was", rzeczywiście wkurza, ale może o to chodziło?

Lepiej tymczasem prezentuje się numer "Na Mojej Twarzy", z interesującym, jakby skrytym drugim dnem. "Dziewczyny Nie Palcie Marihuany" wyróżnia się głównie fajną zwrotką, gdzie Mietall opowiada, co robił, jak miał lat sześć, szesnaście i czego chce teraz, mając lat dwadzieścia parę. "Mleko" wydaje się trywialne, lecz już taka "Czwarta Rano" lub "Zaczarowany Świat" (gdzie Mietall przypomina głosem młodego Kazika) przyjemnie rozwijają harmonie i kołyszą senną, ale powiedzmy to, monotonną atmosferą. Takie nudnawe pasaże mogliby usunąć, a zastąpić je bardziej zdecydowaną (w sensie tematów, nie brzmienia) jazdą.

Nie będę oryginalny, jeśli poświęcę trochę miejsca kwestii gitar w odniesieniu do Negatywu. Jeden z moich kumpli nawet ukuł tu określenie "akustyczna z delayem", ale nie tylko to zwraca uwagę. Kolesie (a przede wszystkim Darek Kowolik, odpowiedzialny za te cuda) mają sporo pomysłów, by aranżować swą muzykę jednorodnie i wielobarwnie zarazem. Różne patenty stosują i daje to nieraz zbawienny efekt, biorąc pod uwagę całkiem podobne w sumie melodie kolejnych piosenek. Pod tym względem Negatyw przypomina Radiohead z pierwszej płyty; tam też gitary były atutem podstawowym.

Jasne, do głowy przychodzą też inne odniesienia. Jak Pixies, do których inspiracji zespół się przyznaje, w świetnym "Jesteś Jaki Jesteś". Jak trochę Nirvany circa Nevermind we frapującym "1978". Jak wreszcie wczesne The Cure w zdecydowanie najlepszym na Paczatarez brylancie "Na Mojej Ulicy". Mietall znów melodeklamuje swój najlepszy tekst, podczas gdy pozostali muzycy czarują słuchacza grą kolorów. Rozwiązania akordowe zwykle cieszą mnie najbardziej i "Na Mojej Ulicy" kombinuje najpiękniej. To jest zadanie dla Negatywu: więcej takich dojrzałych pereł.

Zgadza się, jest nieco zbyt zwyczajnie na rewelację. Ale zaraz, zgadza się, jest to ich debiut! Mogą jeszcze wiele namieszać. Jak dotąd prezentują się całkiem przyzwoicie. Mają ochotę do gry, przebija przez nich talent, wszystko zatem przed nami. Zobaczymy w którym kierunku Negatyw podąży i myślę sobie, że to jedna z najciekawszych zagadek najbliższych miesięcy.

Borys Dejnarowicz    
18 kwietnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja