RECENZJE

Necks
Open

2013, Fish Of Milk 7.5

Chris Abrahams (fortepian i organy Hammonda), Tony Buck (perkusja i perkusjonalia, czasami gitara) i Lloyd Swanton (bas i kontrabas) grają ze sobą jako Necks już od 26 lat. Liczby ich wspólnych albumów nie chce mi się ustalać, ale dobrze kilkanaście jest ich na pewno. Niby to nic niezwykłego jak na długowieczny zespół grający muzykę improwizowaną, a jednak wyciągając wnioski z tych kilku płyt, które znam, trzeba sobie powiedzieć, że to wyczyn. Bo taki zespół doprowadzając którąś z formuł do końca mógłby przecież z powodzeniem skończyć się sam poprzez wyprztykanie. Necks zaś są tym, czym jest ich muzyka – procesem, który nie zmierza w żadną konkretną stronę, bo przecież liczy się właśnie przebywana droga, a nie ta przebyta albo założona do przebycia. Jak wiadomo, jazz to w najfajniejszych przypadkach sposób myślenia.

Skromne środki w grze Necks wynajdują potężne efekty, to pewne, ale ktoś, kto krótko opisze styl australijskiego tria tak, że będzie on rzeczywiście określał jego brzmienie, a nie reprodukował zarówno oczywiste i trafne, jak również nie wszystko mówiące o zespole hasła: minimalizm, skupienie na dźwięku, improwizacyjna chemia – jest dobry. Styl całościowy, powstały ze spotkania trójki muzyków, nie zaś zależny od ich czasowych zainteresowań, które zmieniają się co i rusz. Poszczególne albumy można zdefiniować trochę łatwiej (chyba każdy z nich wymyśla sobie formułę i przy okazji transformuję ją grając). Taki Sex jest np ekspozycją pomysłu z repetytywnym, klasycyzującym minimalizmem i mającymi skupiać na sobie uwagę dźwiękami towarzyszącymi, też mało urozmaiconymi, które są jakby ścinkami dowolnego smoothu. Drive By bada pogranicze jeszcze minimal music i już techno, jednocześnie zapominając o jazzie oraz wygrywając nastrojowe bon moty godne partytur Steve'a Reicha z jednej strony i serducha Keitha Jarretta z drugiej. Na Silverwater zespół tłumaczy na przykładzie dlaczego minimalizm ma korzenie w Afryce i inkrustuje to wielkiej klasy post-rockiem (tutaj nie opisuję celu, który wydaje mi się, że przyświecał muzykom, ale ilustruję). Najnowszy Open jest jeszcze inny.

Na różnych płytach Necks instrumenty przyjmują różne funkcje (najbardziej, choć oczywiście w żadnym wypadku nie całkiem, trzyma się jednej ścieżki fortepian Chrisa Abrahamsa). Tutaj perkusja (itp) odpowiedzialna jest za dziwność i aurę nieoczywistej muzyczności, kontrabas za pogłębienie, zaś fortepian – na zmianę – za piękno i sznyt. Open jest więc jak widać setem nie, dla przykładu, transowym czy opartym na wywołujących ciarki motywach, ale "muzycznym". W takim znaczeniu, że przez większość czasu liczy się na nim żywe granie, radość dźwięków i odległości pomiędzy nimi, celebrowanie słuchu i instrumentu. Mówiąc inaczej: nie dokonuje się tutaj żadne odkrywanie koniecznej jakby muzyki, ale konstruowanie jej w czasie rzeczywistym, zresztą ze skromnie reprezentowanej, ale (i to od razu czuć) jak najbardziej nieograniczonej liczby klocków. Wow, takie piękne konstruowanie.

Co jeszcze istotne i mam nadzieję, że wyrażę się dostatecznie jasno: muzyka jest tutaj wykonana minimalnym graniem. Pochłonięcie słuchacza zajmuje bardzo dużo czasu, dlatego że przez dobre piętnaście minut (o ile dobrze pamiętam) trwa samo przygotowywanie dla niego gruntu, a wszystko odbywa się przy użyciu najmniejszych gestów – muzycy grają cicho i delikatnie. Dzięki temu dokładnie słychać dosłownie wszystko, co robią, a robią to ciągle z całkowitym pochłonięciem tą skromnością i bez najdrobniejszych chybień. Po jakimś czasie okazuje się, że słuchacz, taki łatwy do znużenia, słucha przez długie minuty skaczącego wokół rytmu, szepczącego hi-hatu. Te momenty bliskiego skupienia na najdrobniejszym dźwięku, są obok partii fortepianu chyba najdoskonalsze na Open, choć album potrafi też pokazać inne oblicze – atakujące niby z innego muzycznego świata, wypełniające całą foniczną przestrzeń drony, które zgniatają świadomą swojej czasowości ("On wie co to czas" – krzyczał w polskim tłumaczeniu będący na koncercie jazzowym bohater – tak, tak – On The Road Kerouaca) muzykę, a ta przez moment przeżywa chwilę zmagania, ale nigdy nie zostaje pokonana. Taka historia.

Pisałem, że styl zespołu do żadnego konkretnego punktu nie zmierza. Jak przystało na "muzykę fraktalną" – podobnie jest z każdym (chyba) wykonem muzyków, obojętnie czy setem koncertowym czy utrwalonym na albumie. Open też nie proponuje nam drogi od-do, ale podróż z dowolnego miejsca w czasie do dowolnego. Idzie tam gdzie idzie, jak z chłopskim alkomistycyzmem określić mógłby Kazik Staszewski. Nawet kiedy w okolicach pięćdziesiątej minuty zespół zwodzi przyzwyczajonego do suit słuchacza reminiscencją motywów z wcześniej. Nawet wtedy – nic z tego – niekończący się proces trwa nadal i za jakiś czas tak po prostu zostanie przerwany, bo ileż można grać, czas odłożyć instrumenty, ręce bolą.

Przy okazji: ostatni warszawski koncert zespołu składał się z dwóch takich setów. Pierwszego cichego na podobieństwo Open i drugiego bardzo energetycznego, podczas którego przez spore fragmenty improwizacja odbywała się na fundamentach najprostszego, długowłosego, rockowego bicia perkusji. Tak przynajmniej to pamiętam. Był znakomity i tyle mam do powiedzenia.

Radek Pulkowski    
12 listopada 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja