RECENZJE

Necks
Body

2018, Northern Spy 6.7

The Necks to jeden z tych zespołów, których nie sposób nie lubić. Nie dość, że nigdy nie idą na łatwiznę i traktują odbiorców z szacunkiem, to na dodatek mogą się pochwalić nieskazitelnym etosem pracy, motywującym muzyków do wydawania albumów z dickensowską systematycznością. Gatunkowo zawieszeni pomiędzy hipnotyzującym minimalizmem i awangardowym jazzem, od lat poszukują ekscytujących momentów w precyzyjnie zaprojektowanej, mantrowej stylistyce.

Następca Unfold nie tylko potwierdza mocną pozycję formacji, ale też wpuszcza odrobinę świeżego powietrza w stałe punkty repertuaru. Mistrzowie instrumentalnego slow foodu pozwalają sobie na delikatne przyspieszenie tempa, urozmaicające monolityczną dotychczas sztukę kompozycji. Niegdyś rzeźbiący w upływających sekundach artyści odeszli od doktryny Tarkowskiego i postanowili docenić uroki przyziemności.

Konsumpcja płyty to doświadczenie skrajnie odmienne od obcowania z poprzednimi pozycjami z dorobku zespołu. Struktura godzinnego monstrum zyskuje bowiem zaskakująco przystępną formę prezentacji. Podczas gdy Sex czy Hanging Gardens kazały cierpliwie trawić wszystkie niuanse, tak tutaj słuchacz niemal od razu odczuwa niekłamaną przyjemność z każdej kolejnej minuty. Bezpośredniość krążka natychmiast daje namacalną satysfakcję, odklejając Australijczyków od surowych reguł intelektualnej rozrywki.

Drone’owi profesorowie na starość luzują szelki i swobodniej podchodzą do własnej twórczości. Dynamika poszczególnych fragmentów nawiązuje do rock’n’rollowych wartości, przekładających dosadność środków wyrazu nad przemyślaną refleksję. The Necks zmienili swoją gastronomiczną misję - nie karmią już naszych dusz, bo wolą zaspokajać potrzeby ciała. Najbardziej wybuchowy minimalizm dekady przywodzi na myśl kinowe miejskie symfonie z początku dwudziestego wieku, które malowały codzienny chaos zapierającym dech w piersiach, lirycznym pięknem. Oto przyprawione krautrockową rytmiką kino akcji, uszlachetniające przymiotniki: fajny, miły, przyjemny.

Oczywiście stylistyczna wolta niesie ze sobą pewne konsekwencje. Promowana przez Body maksyma "tu i teraz" jest jak na razie zaczątkiem nowego, jeszcze nie w pełni zdefiniowanego etapu. Jesteśmy więc świadkami fascynującego, aczkolwiek niekomfortowego procesu przejściowego. Nieśmiałe rozpoczęcie następnego rozdziału automatycznie skazuje płytę na trochę niesprawiedliwy los siermiężnego eksperymentu. Końcowy efekt pracy metodą prób i błędów rzeczywiście marnuje podskórny potencjał, lecz spoglądając na ten projekt z dystansu, dostrzeżemy słodycz w kreatywnej porażce. Rezygnacja z wiecznego dopieszczania idealnej receptury na rzecz eksploracji mniej wyrafinowanych rozwiązań zapobiega zainfekowaniu wirusem stagnacji, zżerającym całą rzeszę branżowych kolegów i koleżanek.

To naprawdę niesamowite, że legendy kontemplacyjnej awangardy wciąż mają ochotę na zadziwianie publiczności. Nie zważając na oczekiwania widowni, rozważnie – ale i tak dość zawadiacko – odkrywają nieznane lądy z zapałem głodnych wrażeń żółtodziobów. Mogę sobie narzekać na pewne ułomności materiału względem innych dzieł grupy, ale moje uwagi nie mają tu żadnego znaczenia, albowiem nic nie jest w stanie przeszkodzić Karkom w spektakularnym przeżywaniu drugiej młodości.

Łukasz Krajnik    
13 września 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi