RECENZJE
Natalie Prass

Natalie Prass
Natalie Prass

2015, Spacebomb 6.3

Bardzo łatwo wysnuć zarzut, jakoby retro-stylizacja Natalie Prass była pójściem na łatwiznę – wszak kult przeszłości i opory przed jej demitologizowaniem znamy nie od dziś. Nie wydaje mi się jednak, żeby charakter jej muzyki był uwarunkowany próbą kroczenia po linii najmniejszego oporu. Po pierwsze, takich prób było już wiele i rzadko kiedy kończyły się hype'em w szeroko pojętych niezalowych środowiskach, po drugie, mówimy o lasce, która na koncertach wiesza sobie w tle plakaty Isaaca Hayesa i z tą samą pasją opowiada o Joni Mitchell, Dianie Ross czy Dusty Springfield, a po trzecie, jej debiutancki krążek to raczej ciekawa próba ponownego spojrzenia na dorobek amerykańskiej kultury muzycznej od Memphis po Filadelfię niż bezrefleksyjne odgrzewanie kotletów i paradoksalnie – pomimo kilku zbyt oczywistych przedruków – jest pewnym powiewem świeżości.

Jeśli wierzyć wypowiedziom uczestników procesu powstawania Natalie Prass, charakterystyczna aranżacyjna wielowątkowość albumu jest produktem kolektywnej pracy powiązanej ze Spacebomb Records drużyny brzmieniowych architektów, w której każdy zawodnik odpowiedzialny jest za inny element układanki i która jest dla Prass tym, czym Van Dyke Parks dla Joanny Newsom. Dęciaki, flety, rogi i cała masa innych barwnych pierdolniczków składa się na skonstruowaną z rozmachem karuzelę balansujących na granicy teatralności orkiestracji, gdzie mikro-narracje poszczególnych instrumentów podszyte są z jednej strony impresjonistycznymi ciągotami, a z drugiej funkową nonszalancją. W tym wszystkim sama Natalie z łatwością mogłaby zostać zepchnięta na dalszy plan, ale tak się nie dzieje, bo jej prostolinijne refleksje na temat zwichrowanych relacji i dogorewających namiętności prowadzone są z charakterem, choć bez zbędnej demonstracyjności. Nazywając rzeczy po imieniu – charyzmatyczna z niej dziewuszka.

Tym bardziej smuci, że nie zdołała w pełni podźwignąć formatu długogrającego i po trzech znakomitych singlach dostaliśmy album znakomity jedynie połowicznie. Do piątej pozycji wszystko działa bez zarzutu. Wspomniany triumwirat singli (chwytliwe, rozpadające się w palcach białe r&b "Bird Of Prey", opisywany już kiedyś przeze mnie "Why Don’t You Believe Me" i zwieńczony wspaniałą, niekończącą się kodą seventiesowy kolaż "My Baby Don’t Understand Me") Natalie uzupełnia dwoma urokliwymi walczykami: nerwowo rozbujanym "Your Fool" i wściekle romantycznym "Christy". Niestety potem krążek łapie lekką zadyszkę i zaczyna się potykać o własne nogi, bowiem dosyć nijaki "Violently", przesadnie bajkowo ucharakteryzowany "It Is You" czy zerkający w stronę Dusty In Memphis, nudnawy "Never Over You" to niekoniecznie udane utwory, nie mówiąc już o "Reprise", abstrakcyjnej, quasi-deklamowanej wariacji na temat "Your Fool" i jeśli gdzieś ewidentny pierwiastek retro zaczyna być podejrzany o maskowanie braków, to właśnie w tej drugiej części tracklisty. Nie udało się więc oddać dwóch równych skoków, ale to wciąż ładna, delikatnie skrojona płyta, a samą Prass nadal warto śledzić, bo lwia część jej debiutu to kawałki sprzed kilku lat i trudno wyczuć, w jakim kierunku odfruną kolejne wydawnictwa. To jak, widzimy się w Nashville czy w Nowym Orleanie?

Wojciech Chełmecki    
12 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie