RECENZJE

Natalia Moskal
Songs Of Myself

2017, Fame Art / Universal 6.7

Jeśli należycie do tej grupy osób, które bacznie śledzą nowy polski pop w nadziei, że uda im się trafić na coś wartościowego, nawet małą iskierkę, to znaczy, że musicie mieć mocne nerwy i dużo cierpliwości. Bo nie łudźmy się − nie żyjemy w najlepszym okresie dla polskiej muzyki i Gazeta Magnetofonowa tego nie zmieni, choćby nie wiem, jak się starała. A jeszcze gorsze jest to, że gdy już faktycznie pojawi się ktoś z pomysłem, wyczuciem i talentem, niestety często zostaje zepchnięty w cień, a na pierwszym planie panoszą się kompletne miernoty i beztalencia, z których media robią "nowe nadzieje popu". Czemu piszę o tym wszystkim w kontekście debiutanckiej płyty młodej wokalistki Natalii Moskal? Ponieważ to właśnie ona jest taką iskierką, o którą mocno się obawiam.

A moje obawy zwiększyły się, gdy wpadłem na recenzję Songs Of Myself opublikowaną na Interii. Płynie z niej taki wniosek, że aby dać powód recenzentowi na to, by mógł wracać do płyty, trzeba śpiewać po polsku w otoczeniu "artystycznego nieładu" (lol). To są wyznaczniki oryginalności, a porządek i "popowy błysk"? Nic z tego − te dwie własności są zarezerwowane dla "wziętych electropopowych wokalistek" (nie mam pojęcia, kim są, a w recenzji nie ma nawet jednego przykładu) i nie ma sensu iść w tym kierunku. A mi się wydawało, że pop popowi nierówny i jednak w tej grze chodzi nie o to, CO grasz, tylko JAK grasz. Swoją drogą, potem w recenzji mamy odkrycie: czytamy o tym, że przesłanie w piosence Natalii to, uwaga, zapnijcie pasy, "dowód, że w popie też może chodzić o coś więcej niż tylko lekkość i przyjemność" − Polska, 2017.

Jeśli jednak zamiast unikania konstruktywnej krytyki (kuriozalny brak argumentacji przy wyborze najlepszych piosenek − bo tak się okazało?) zacznie się słuchać muzyki, to szybko wyjdzie na jaw, dlaczego Songs Of Myself to jedna z najświeższych polskich płyt w tym roku. Pomysł nagrania albumu w konwencji post-disco, z którą właściwie przez cały czas prowadzony jest dialog − przyznacie, że zbyt wiele płyt na polskim rynku nie może pochwalić się takim stylistycznym kierunkiem. Otwierający całość "Better Man" z jednej strony należy do kręgu nowego disco, jednak konstrukcyjnie wpasowuje się w tradycyjne disco-wzorce jeszcze z lat 70., a i ekspresyjnie w pewnym sensie, duchowo, blisko mu do tego, co robiła na przykład Donna Summer. Podobnie dzieje się w "Midnight", który od razu skradł mi serce. Natalia wciąż pełni rolę divy disco, ale o wszystkim decyduje połączenie poszczególnych elementów: kapitalnie unoszący się smyczkowy motyw jako intro, moroderowa stylizacja w zwrotkach, gęsty, odtworzony w slow-motion prechorus prowadzący smyczkowym tunelem do pełnokrwistego, ozdobionego żywym instrumentarium refrenu, od którego płonie parkiet.

Dalej "My Firsts Ain't My Lasts" kontynuuje drogę odświeżania retro konwencji − słyszę tu kontakt z Currents, a może nawet jakieś nieśmiałe wibracje Fleetwood Mac z okresu Rumurs, podkreślone przez świecący jak choinkowe lampki, klawiszowy wzorek. Tymczasem w "Michelle" stonowane, baśniowe zwrotki ze zjawą śpiewającą "you wouldn't be happy", zderzają się z trzęsącym się jak truskawkowa galaretka na porcelanowym talerzu refrenem, który zostaje przełamany passusem rodem ze starego DFA (bas!), a w outro wokal zostaje potraktowany podobnie jak w "Zombie Świat" Reni Jusis. Wreszcie pierwszą połowę płyty kończy singlowe "Lustro", które w kontekście długogrającego materiału stanowi wycieczkę w czasie do polskiego klawiszowego popu z lat 80. A moim ulubionym fragmentem piosenki wciąż jest finał na 2:47, gdy następuje przejście przez weneckie lustro.

Warto w tym momencie na chwilę zatrzymać się przy głównych aktorach tego przedstawienia. Zacznijmy od Natalii Moskal, która wykonuje swoje zadanie lepiej niż dobrze, stając się jedną z najciekawszych polskich wokalistek. Ma tę cechę, która pozwala jej zatrzymać słuchacza przy sobie. Weźmy chociażby drugą zwrotkę "Better Mana" zaczynającą się od słów "Now without you baby..." − imponuje to, jak czysto, z jakim wdziękiem, elegancją i pewnością siebie Natalia wyśpiewuje tę partię. Bardzo podoba mi się też to, co dzieje się w "Be Free" − mamy tam próbę niemal rapowania, a na pewno pojawiają się inklinacje r&b, które najpełniej ujawniają się w doprawionym kosmicznymi efektami refrenie. Te opakowane w kolorową i wyrazistą produkcję refreny, będące najlepszym narzędziem do przekazu hasła girl power, są największą bronią Songs Of Myself. I tu przeskakujemy do Łukasza Marona, który zdecydowanie ma rękę do chwytliwych melodii i potrafi napisać nośny refren czy motyw. Dodajmy do tego zestaw interesujących inspiracji z dance'owym popem z lat 80. czy współczesnym nu-disco i mamy odpowiedź, dlaczego to wszystko tak zadziałało.

Jedyne czego mi tu zabrakło to większa ilość błyskotliwości. I to zarówno w sferze układania piosenek, jak i w sferze aranżacji. Oczywiście to w znacznej mierze sprawnie napisane piosenki, ale życzyłbym sobie więcej takich fragmentów, jak "Midnight", gdzie w parze idą popowa nośność oraz przemyślana, znakomicie wyważona historia opowiedziana przez muzykę. Ale nie ma co narzekać, skoro słuchając "Mur" uśmiecham się od ucha do ucha, zwłaszcza w trakcie ślicznego, papsowego refreniku (ale chyba Łukasz nie słuchał Poniżej Krytyki podczas budowania piosenek), a przy osnutym jakąś bajkową (wznoszący się, niepokojący synthowy loop w towarzystwie wokalu) aurą "Lie", w którym Natalia bawi się dwuznacznością tytułowego słowa, również nie straciłem czasu. A co do closera "Foreign Stranger" − słychać, że to była próba podpięcia się pod modę i nazwy typu Bokka, więc gdyby Natalia dalej poszła tą drogą, tego "artystycznego nieładu", to pewnie straciłaby wszystko to, co zyskała dzięki debiutowi, czyli indywidualność. Na szczęście wybrała inaczej, więc tego lata, w błogim lenistwie letnich dni, będę słuchać Songs Of Myself i przyglądać się źdźbłom traw.

Tomasz Skowyra    
1 czerwca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie