RECENZJE

Nachtmystium
Addicts, Black Meddle Part II

2010, Century Media 6.6

Pomimo obszerności naszych archiwów o black-metalu chyba jeszcze nie pisaliśmy. Powodów może być co najmniej kilka: po pierwsze metal (zwłaszcza ten ekstremalny) obciążony jest bodaj największą ilością stereotypów, niesprawiedliwych uprzedzeń i niewybrednych żartów; po drugie ten sam metal jest sobie poniekąd winny, bo duży procent określanych tym mianem wydawnictw jest po prostu słaby (toporny, wtórny, nudny); po trzecie nawet ten mniejszy procent wciąga powoli, bo reprezentuje stylistykę, z którą obcujemy rzadko i w zasadzie trudno nam ją oceniać. Czy istnieje dla nas – redaktorów serwisu – względnie jednolite pojęcie klasyki black-metalu? Czy jesteśmy w stanie powiedzieć, co będzie stanowić dla nas wyznacznik jakości black-metalowego albumu? (przecież nie możemy narzekać na skrzekliwy wokal czy mizerną produkcję, które są nieodłącznymi elementami gatunku); po czwarte (wynikające z powyższych) nigdy nas ta muzyka aż tak nie interesowała… do czasu.

Możemy z całą pewnością powiedzieć, że mamy za sobą renesans sludge'u i stonera, swoje pięć minut miał doom, który swoim lo-fi przypodobał się niejednemu fanowi "starego, dobrego indie", a post-metal mieszał na tyle skutecznie, że, choć skończył się jakieś 5 lat temu (jeśli w ogóle był), wciąż zdobywa nowych fanów. W tym gronie, zgodnie z nomenklaturą, czarną owcą pozostawał black-metal. Do czasów popularyzacji internetu, tak ekstremalna muzyka mogła się cieszyć estymą chyba tylko w zinach. Jednak gdy tylko blogerzy i co bardziej otwarci (cierpliwi) redaktorzy serwisów internetowych zaczęli zapuszczać się w te rejony, nastąpiło pewne napięcie, które pchnęło black-metal na szersze wody. Wirtualne uchylenie drzwi i wpuszczenie powietrza w niszową scenę wyszło jej tylko na dobre. Co znajdywało odzwierciedlenie w recenzjach pojawiających się na łamach wpływowych serwisów muzycznych (np. Leviathan, Krallice, Deathspell Omega na Pitchfork). Bardzo entuzjastyczne oceny wystawiane przez ludzi spoza środowiska musiały mobilizować i mieć swój udział w tym, że obecnie amerykańska scena black-metalowa rozwija się prężnie, dostarczając co i rusz wydawnictw godnych uwagi.

Do postaci kluczowych dla amerykańskiego black-metalu można z pewnością zaliczyć Blake'a Judda – lidera Nachtmystium, który przez ostatnią dekadę prowadził zespół od ekstremalnego, surowego black-metalu do form bardziej ambitnych, wykorzystujących spuściznę prog-rocka, psychodeli czy thrashu. Nie umniejszając zasług Blake'a, trzeba przyznać, że nie był osamotniony w próbach poszerzania formuły gatunku. Na swoje szczęście od czasu instant-klasyka Assassins: Black Meddle Part 1 może liczyć na pomoc Sanforda Parkera – producenta ostatnich, prawie awangardowych, płyt Minsk. W składzie poszerzonym o Chrisa Blacka (dziwnie prog-rockowy Dawnbringer) i saksofonistę Bruce'a Lamonta (dziwnie jazz-metalowa Yakuza) Nachtmystium nagrywa płytę niezwykle frapującą, której podtytuł Black Meddle jest czymś więcej niż żartem. Osobiście, nie chwytam Assassins w całości (marynarskie refreny w "Assassins", hm?), ale momenty (wiele momentów) to ta płyta ma. Przywołać trzeba chociażby świetny tryptyk "Seasick", "Code Negative" z gilmourowską wręcz solówką czy całą instrumentalną część wspomnianego już utworu tytułowego. Z jednej więc strony mógłbym narzekać, że hype trochę na wyrost, z drugiej – świetnie, że nastąpił, bo inaczej pewnie w ogóle bym na Assassins nie trafił.

Od samego początku wiadomo było, że Black Meddle będzie trylogią, więc zachęcony Assassins na część drugą czekałem ze sporym zaciekawieniem. Podkręcił je jeszcze niedawny koncert Nachtmystium we Wrocławiu, gdzie kapela z Wheaton zaprezentowała się bardzo motörheadowo, co zresztą odzwierciedlało zawartość ich ostatniej EPki Doomsday Derelicts. Mimo wszystko sprawę Nachtmystium wciąż traktowałem trochę na boku, ciekawostkowo, nie wgryzając się w kwestie typu: zmiany w line-upie, pierwsze recenzje itd. Gdybym się bardziej pofatygował, wiedziałbym, że do nagrywania Addicts zebrała się super-grupa, rekrutująca się spośród "spiritus moventes" black-metalowej sceny. W składzie znalazło się miejsce nie tylko dla Sanforda Parkera, lecz także dla Jeffa "Wresta" Whiteheada – postrzeleńca znanego jako Leviathan i Lurker Of Chalice (oba projekty dość mało przystępne – mniej znany Lurker chyba ciekawszy). Oczywiście, super-grupy często zawodzą pokładane w nich nadzieje, ale każdy kto słyszał o Twilight (tegoroczne Monument To Time End rewelacyjne!) wie, że w ich przypadku ta zasada po prostu nie działa. Jedyne, czego można się było obawiać to nadmierne podobieństwo, wydawanych jedna po drugiej, płyt. Na szczęście, pomimo znacznych podobieństw w line-upie, Nachtmystium to wciąż pomysły głównie Judda, za którymi zresztą trudno nadążyć.

Wyłapać wszystkich idei stojących za Addicts nie sposób. Tą która rzuca się jako pierwsza jest przystępność materiału. Ortodoksyjni fani black-metalu już odsądzają Blake'a od czci i wiary za melodyjne refreny ("Nightfall"), miłe dla ucha, klawiszowe podkłady ("No Funeral"), raczej powolne solówki (do których miał zresztą słabość już wcześniej) zamiast szybkiej jazdy po gryfie. Stąd bliżej już do drugiej obserwacji, że masę na Addicts nawiązań poza-metalowych – głównie do psychodeli i prog-rocka lat 70-tych, ale jakiś industrial też się znajdzie. Mało tego, w jednym z wywiadów Judd przyznawał się do bycia fanem The Cure – spróbujcie wyobrazić sobie Wish w wersji Burzum – być może jesteście o krok bliżej prawdy. Napisałem "o krok", bo nie pomoże wam to w starciu z motörheadową przemianą "Blood Trance Fusion", czy z "High On Hate", któremu zdecydowanie bliżej do wcześniejszych płyt zespołu. W przeciwieństwie do black-metalowego stereotypu, Addicts po pierwsze aż kipi od pomysłów, po drugie jest świetnie wyprodukowane – pomimo wszechogarniającego szumu z łatwością można wyłapać wszystkie zagrania (selektywne, serio!), melodie płyną bez przeszkód, refreny prezentują się okazale. Brawo Sanford Parker!

Addicts, może wywrócić do góry nogami recepcję black-metalu u postronnego słuchacza. Poza wspomnianą wcześniej względną przebojowością i selektywnością płyta niesie, w zasadzie, pozytywne przesłanie. Oczywiście, gdy dźwięk jest czystszy łatwiej wyłapać przekaz Addicts i zdaje sobie sprawę, że wiele linijek wzbudzi w was uśmiech politowania. Cóż, taka to konwencja, gdy któryś z moich ulubionych raperów nawija o swoich genitaliach jakoś się już nie krzywię, tak samo z popem i wiecznym zakochiwaniem się na parkiecie – to nie oznacza zaraz, że mamy do czynienia z wielkim mafioso, pustką laską i melancholijnym anemikiem. Powtarzam – konwencja. A sposób, w jaki, powiedzmy, Whitehead tytułuje swoje kawałki pokazuje, że być może mamy do czynienia z pewną grą.

Najważniejsze pytanie, do jakiego prowokuje mnie każde kolejne przesłuchanie Addicts (a zrobiłem to już z 70 razy) brzmi: gdzie podąży Judd z kumplami na następnej płycie i czy pójdą za nim fani (Floydów w metalowej otoczce zdzierżyli prawie wszyscy, lo-fi-stadion-rock będzie trochę trudniej przełknąć)? Sam zaś planuję się jeszcze bardziej zakopać w temacie, a to co najmniej z dwóch względów: raz – by spróbować przewidzieć jak bardzo Judd może jeszcze rozsadzić formułę gatunku, dwa – by wyrobić sobie jakąś sensowną skalę i z końcem roku należycie ocenić tę płytę.

Jan Błaszczak    
13 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie