RECENZJE

My Morning Jacket
Z

2005, ATO / RCA 6.9

Spory szacun i wielkie yo dla My Morning Jacket. Powszechne wśród kręgów indie dissowanie zarówno nieco tylko bardziej epickich form rocka, jak i wpływów country wciąż nie poddaje bandu żadnej presji, czego dowodem szeroko zakrojone kontynuowanie przezeń wątków znakomitego It Still Moves. Kontynuowanie i rozwój (przez zatrudnienie). Jak on wygląda? Nie ma tu już zadziornych tyrad, zmasowanej alt-rockerki (nie licząc może solówkowego finiszu "Lay-Low"), a w pięknych hookach (dziewiąty numer – nie mam pytań) i krystalicznych harmoniach wokali (opener!) można przebierać długo. Może ten jest ulubionym? A może tamten bardziej pasuje? Chwila, chwila, a co z tym? Taki obrót sprawy powinien zachęcić tych, których poprzednik Z nie przekonał przez "zbytnią" zwalistość piosenek i "nietrafioną" oldschoolowość w miksie. Wiecie co, zdaję jutro wreszcie na prawo jazdy i chciałbym tak jeździć jak MMJ odróżniają dobrą muzykę od złej. Niby więc były jakieś perypetie ze składem, ale okazuje się, że z takim songwriterem jak Jim James i z takim wokalistą jak Jim James, niełatwo jest przynudzić choćby w jednym numerze, oj niełatwo. Ciekawe co na to taki jeden z moich wykładowców, który dziś na przykład nie zdołał wydać z siebie ani jednego ciekawego słowa.

Jędrzej Michalak    
13 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie