RECENZJE

My Morning Jacket
It Still Moves

2003, ATO / BMG 7.5

"Góralu, czy ci niezal?"

Samochód, wjechawszy na chodnik o stosunkowo wysokim krawężniku, stanął w miejscu. Przekręciłem głowę w lewo. Ojciec uśmiechał się szelmowsko, wyjmując kluczyki ze stacyjki. Rozłożyłem ręce w geście bezradności. Ponad pół godziny zaangażowanej prelekcji, podręcznikowego wykładu, detalicznego objaśniania istoty samego pojęcia "niezal", i co? Wszystko na darmo? Czy błyskotliwy żart słowny, efektowny skądinąd, mógł być jedyną reakcją na moje przesadnie emocjonalne nawijanie? Więc, niech i tak będzie, nie dogadamy się. Trudno. Lecz nagle pojąłem swoją mis-interpretację. "Genialne!", wykrzyknąłem. I wybuchnąłem śmiechem niepohamowanej radości. Bo te słowa, pozornie abstrakcyjny komentarz niewtajemniczonego laika, były perfekcyjną, najlepszą z możliwych odpowiedzią na mój opis zjawiska "sell-outu". Commercial sell-out, plaga dosięgająca nawet maksymalnie zdeklarowane, zagorzałe niezal-bandy. Dwie pary drzwi zatrzasnęły się jednocześnie i piknął sygnał auto-alarmu.

Przy całym zniesmaczeniu sprawą kolejnych sell-outów w stosunkowo krótkiej jeszcze historii niezal-rocka, należy jednak pamiętać, że zwykle decyzja o transferze z małej firemki do majorsa (lub ewentualnie jego filii) przynosiła skutki znakomite, o wiele lepsze niżby spodziewał się którykolwiek z oponentów. Replacements, symbol college-radio lat osiemdziesiątych, podpisali umowę z Sire, gdy korporacja ta święciła właśnie triumfy z Like A Virgin. Puryści jęczeli: "Sell-out!!!", ale 'Mats odpowiedzieli cudną, wygładzoną płytą Tim. Naprawdę, czy ktoś z wiernych fanów chciał wierzyć, że Westerberg się sprzeda? Szerszy krąg potencjalnych odbiorców to nie grzech. Interscope nakazali wprawdzie Trail Of Dead przystępny wygląd oficjalnej strony internetowej, ale dopóki nie ingerują w artystyczne poczynania grupy, nie narzekam. A większe możliwości produkcyjne zapewniły Source Tags And Codes rozmach, którego przy skromnym budżecie by nie było. Ideałem jest nagranie płyty za pieniądze kolosa, zabranie taśm i wydanie ich pod flagą niezal. Taki numer towarzyszył narodzinom zarówno Emergency & I, jak i Yankee Hotel Foxtrot. Cwaniactwo na zasadzie obrabowania bogatych i rozdania biednym. Produkcyjny poziom krążków dowodzi, że zabieg się powiódł.

"Góralu, czy ci niezal?"

Jak w tym krajobrazie przedstawia się jedno z głośniejszych wydarzeń ostatnich miesięcy, czyli debiut My Morning Jacket w barwach oddziału BMG, kierowanego przez Dave'a Matthewsa ATO? Jak zwykle, przewrażliwieni malkontenci zarzucali zdradę. Po dwóch długogrających The Tennesee Fire i At Dawn, które zdobyły uznanie rzesz około-alt-country'owych samotników w wieku dorastania, oraz obowiązkowo kilku EP-kach podkreślających status niezal i związki z tą sceną, kontrakt z molochem wywołał falę oburzenia lub wątpliwości. Podejrzliwi młodzi utopiści wnioskowali, iż wcale nie musiało do tego dojść. Starsi, zdystansowani obserwatorzy, którzy niejedno już widzieli, postulowali: "Pozwólcie im. Dajcie im szansę". Ale czy nie jest im żal, na serio? Wiecie, Darla to taka instytucja, trochę przykład na żywotność środowiska niezależnego, wzruszający, godny podziwu projekt, pracujący w pocie czoła zarówno na gruncie realizacji, jak i dystrybucji muzyki. W tym kontekście zostawianie przyjaciół z zamiarem objęcia funkcji kolejnego ambasadora niezal w mainstreamie, wydaje się cokolwiek bolesne. Z drugiej strony, czy roztrząsanie problemów natury moralnej powinno brać górę nad rozmową o sztuce? Może taka była logiczna kolej rzeczy. No i, w końcu, Flaming Lips największe sukcesy odnieśli ze wsparciem Warnera. Czy, swoją drogą, My Morning Jacket stać na takie wyżyny?

Nazwa Flaming Lips padła nieprzypadkowo, odkąd wirtualnie każda publikacja na temat My Morning Jacket operuje porównaniami do spółki z Ohio. Zaiste, pomijając fakt dość równego przystawania stylistyk obu zespołów, złudzenie tożsamości wywołuje timbre falsetu frontmana Jima Jamesa, prawie identycznego z legendarnym wysokim piskiem Wayne'a Coyne. Na tym wszakże podobieństwa się kończą. Fundamentalną różnicę stanowi brak cienia ironii i groteski w poczynaniach kwartetu z Louiville. Te dzieciaki traktują się naprawdę poważnie. James śpiewa z przejęciem i wiarą. Smutek, cichy dramat i zatratę równoważą siła i nadzieja; krystalizuje się Jeff Tweedy. Wymiennie, padają w różnych okolicznościach nazwy Grandaddy i Mercury Rev, co sugerowałoby może kolejnego reprezentanta cosmic-americany, ale My Morning Jacket w swoim zalążku są, jeśli tylko aranżacyjnie, tradycyjną country-rockową formacją, gdzie niekoniecznie pasują klawiszowe pasaże czy patetyczne spiętrzenia orkiestry. Mocniej uzasadnione byłoby zestawianie My Morning Jacket z Songs: Ohia, nie tylko z powodu popełnionej razem rok temu Split EP, ale również wspólnej fascynacji Jasona Moliny i Jima Jamesa, której na imię: Neil Young.

Neil Young, poza byciem jedną z najważniejszych rockowych figur wszechczasów, wywarł przemożny wpływ na wszelkie około-country'owe i około-psych-rockowe rejony rockowej alternatywy. Od malarskich przestrzeni Flaming Lips przez gitarowo zorientowane Built To Spill aż po grunge Pearl Jam, inspiracja człowiekiem jest bardziej niż wyraźna. W wypadku My Morning Jacket mówimy o pełnej inspiracji, od instrumentacji po formę. It Still Moves to jeden z bardziej udanych obok Perfect From Now On hołdów dla klasycznego rocka lat siedemdziesiątych, jakie przychodzą mi do głowy. Dla Neila Younga konkretnie, ale także ogólnie dla tradycji wielowątkowego rozwijania kompozycji, nawarstwienia gitarowych zawijasów, rozmachu ekspresji, przy aktualnym zwarciu konstrukcji i zachowaniu folkowej, folk-rockowej surowości brzmieniowej. Pojawiają się skojarzenia z The Band, Byrds, Grateful Dead, a nawet Dylanem. Jednak tajemnicą jest talent: połowa z tych kawałków porywa w sensie podstawowym: melodii, hooków, motywów. Dopiero gdy wejść w to głębiej, okaże się że także od strony opracowań nie zawodzą.

Jest to esencjonalna płyta leśna, przywodząca las jako najjaśniejszy punkt odniesienia. Gitary rozlegają się srebrzyście i dostojnie jak echo wśród gąszczu strzelistych drzew. Akustyczne plecionki szemrzą w trzecim planie niczym ukryty poboczny strumyk. Sekcja stąpa energicznie, ale lekko, jak przemykająca nieopodal dzika zwierzyna. Swojski, ciepły klimat uwydatniają dęciaki w najbardziej tradycyjnie country-rockowych "Easy Morning Rebel" i "Dancefloors". Czuć wiatr, ziejące podmuchy targające konarami pełnymi zielonych, zielonkawych liści. Aura kontemplacji w samotności, na łonie flory, wypełnia głośniki. Brzmienie jest potężne, ale nikt inny nie słyszy. Także na wokale nałożono pokaźne ilości efektów poszerzających. James żartuje w wywiadach, jak ciężko mu się porozumieć na koncertach z dźwiękowcami. Ci ostatni denerwują się podobno: "Nie możesz mieć tyle reverbu na mikrofonie!". James wtedy tłumaczy, że może. "I Will Sing You Songs", jeden z absolutnych highlightów, zaczyna się spowolnionymi bębnami, niczym bicie serca. Delay łagodnej gitary, bas i plumkanie elektrycznego pianina tworzą harmonię. Hi-hat i druga gitara wzmagają napięcie. Nostalgiczny motyw gitarowy zatrzymuje narrację i wtedy, dwie minuty w utwór, wchodzi ten niezapomniany głos, oczywiście natychmiast kojarzący się z Flaming Lips.

W sumie obawy co do sell-outu były przedwczesne. Każdy znawca zagadnienia powie, że My Morning Jacket grają to, co grali i to wciąż jest niezal: Flaming Lips, Built To Spill, Sunny Day Real Estate i inne rasowe ekipy przelatują wam w myślach, zostawiając w szczerym podziwie. Materiał pęka od znakomitych momentów. Już otwierający "Mahgeetah" urzeka staranną opieką nad poczciwą melodią, a pierwsze stuknięcie centrali i werbla to cudna prostota. Podobnie ujmujący jest "Golden" ze ślicznie niewinnym, cienkim zjazdem / podjazdem wysokiej gitary. Progresje "Run Thru" i "Masterplan" odurzają świeżością. "Run Thru" kipi jak David Gilmour z "Shine On You Crazy Diamond" przełożony art-rockowym mostkiem pełnym wyładowań, wciąż zachowując urok charakterystyczny dla Douga Martscha. Jako zdecydowany singiel tkwi "One Big Holiday", gdzie gitary Quaida i Jamesa hasają w tak przyjazny, entuzjastyczny sposób, aż wkracza kapitalna kulminacyjna zwrotka a la Wilco. Pasjonujący finał "Steam Engine" obfituje w zabawy ze stereo, które prawidłowo docenić można tylko w słuchawkach: przelatywanie partii gitar z prawego kanału do lewego i na odwrót. Na dobrą sprawę jedyną skazą It Still Moves jest karalnie długi czas trwania. Podobnie jak At Dawn rozpiętość przekracza siedemdziesiąt minut i znacznie obniża to ocenę. Gdyby wyciąć z całości słabsze pół godziny, zostałyby trzy kwadranse kandydujące do szczytów listy roku. Szkoda. Widać panowie chcieli być epiccy także w rozmiarach. Mimo to, w pewnych okolicznościach te rozmiary dzieła jawią się jako jeszcze jeden triumf.

Borys Dejnarowicz    
5 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy