RECENZJE

My Bloody Valentine
m b v

2013, self-released 9.2

Na początek nihilizujący biologizm, ostentacyjny brak dżentelmeństwa i łyk statystyki – członkowie My Bloody Valentine mają obecnie łącznie ponad 200 lat i ostatnią płytę wydali w czasach gdy istniał jeszcze Związek Radziecki, a w Polsce zaczynała działalność Partia X. Względem Loveless panuje konsensus, na który jak zawsze w przypadku stawiania pomników trzeba patrzeć z podejrzliwością, jednak byłoby "nikczemnym optymizmem" – cechą, której nienawidzę równie mocno jak Tadeusz Kroński – oczekiwać od zmagających się z trywialnością przemijania "poza grą" muzyków jakiejś napęczniałej bomby mnożącej znaczenia. Można się zżymać na podkreślanie wszędzie faktu powrotu po 22 latach, który Shields starał się chyba konsekwentnie demitologizować – mówiąc o płycie od niechcenia, zapowiadając od niechcenia jej wypuszczenie za dwa dni, wreszcie od niechcenia wrzucając ją na niewydolny serwer – ale biorąc pod uwagę upływ kilku epok w świecie rocka alternatywnego mamy tu do czynienia z fenomenem.

Tym bardziej, że kilka godzin przed zaprezentowaniem urbi et orbi tego albumu nie wiedzieliśmy o nim nic, później pojawiła się grafika. Borys słusznie zauważa, że okładka tego albumu wygląda jak "Exile on Main Street na skunie maczanym w Ludwiku". Z drugiej strony to odwrócenie idiosynkratycznej trajektorii Picassa, okres niebieski nastepujący po różowym; to Blue Dereka Jarmana, ultramaryna Yvesa Kleina, smutek i spleen, chłodna opozycja dla rozgorączkowanego poprzednika. Dla mnie to najbardziej sugestywna okładka od czasu Causers of This, oprawa graficzna, która bezwstydnie narzuca się odbiorcy, kierując jego skojarzenia w konkretnych kierunkach, nawet jeśli robi to w sposób nieuświadomiony.

Dzieje się tak również dlatego, że jak się okazuje próby osadzenia płyty w jakimś innym, macierzystym kontekście grzęzną w kilku mglistych plotkach. "Niebieski album" mógłby się ukazać w 1996 roku, kiedy to odbywały się pierwsze sesje do części pomieszczonego tu materiału, gdzieś pomiędzy premierami Timeless (nomen omen) i Emperor Tomato Ketchup, ale mógłby pewnie też zostać odkopany w roku 2666. W przeciwieństwie np. do Embryonic nie mamy tu do czynienia z żadną większą aktualizacją, odwołaniem, kolażem; to płyta tylko po części unurzana w czasie, broniąca się przed jednoznacznym utytłaniem w narzuconym jej języku jakkolwiek rozumianej współczesności. Jest jednocześnie "w" i "poza" – może to właśnie miał na myśli Shields mówiąc o tym, że ma przypominać raczej Isn't Anything niż Loveless, że ma być zawsze jedną nogą w określonym "tu i teraz". Autoreferencyjny masterpiece, przy opisie którego raczej nieczęsto użyjesz słowa "shoegaze".

Ale to właśnie z Loveless nawiązują symboliczny dialog pierwsze trzy utwory, zaczynając od wymownego zsunięcia po strunach w "She Found Now". Już po 10 sekundach płyty dowiadujemy się, że pejzaż współczesnej muzyki, który wydawał się karmić ochłapami stylu myślenia, jaki prezentował Shields na Loveless, z "Vacuum" i "Intro/Chi Chi" w postaci chlubnej mimikry i tysiąca niechlubnych pocztówkowych imitacji jest z gruntu fałszywy, bo nic tak nie brzmi jak My Bloody Valentine. Mimo to możemy sobie ruszyć w rajską dziedzinę ułudy i policytować się na tropy i skojarzenia.

O ile "She Found Now" to przepiękny brat bliźniak "Sometimes", który mógłby spokojnie znaleźć się na poprzedniej płycie, dwa kolejne utwory to już bezlitosna dekonstrukcja i pastwienie się nad przewidywalnym rozwojem wydarzeń. Oswojona powłoka albumu pęka, rozdzierana masami gęstego soundu, a z zastanej materii wyłania się Olatunji Concert Coltrane'a, z jego intensywnością i przerażeniem. Po kulminacji w ostatniej minucie "Who Sees You" materiał aż prosi się o chwilę oddechu, po 12 minutach miażdżenia niewyobrażalnym, multiwymiarowym, wściekłym hałasem; wyczerpanie jest tak wielkie, że gdyby nie "Is This And Yes", przerwy między drugim podejściem nie zrobiliby sobie tylko fani The Seer, choć pewnie i oni mają jakieś granice.

Ale "Is This and Yes" się pojawia i wprowadza na kompletnie nowy ląd, w nieznane stany, a przeszłość już nie miga przed oczami. To druga odsłona płyty – relaksująca, stereolabowa, wręcz...lounge'ująca. Oprócz fenomenalnego, narkotycznego pasażu w stylu Jasona Pierce'a mamy tu wreszcie oddychającą pełną piersią, brzmiącą jak zahibernowana pod koniec lat 80. Bilindę Butcher. Perkusja w kolejnym utworze, "If I Am" przypomina nieco "Subterranean Homesick Alien" Radiohead. Partie bębnów rozpisywał Shields wraz z bratem, Jimim, znanym ze współpracy ze wspaniałym Rollerskate Skinny – ale to Colm, grający wyjątkowo przestrzennie i gęsto – jest cichym bohaterem tego zaskakująco organicznego albumu, zważywszy na to, że władza Kevina nad nagraniami znów była totalna, może nawet bardziej niż kiedykolwiek do tej pory.

Środkową część kończy madchesterski hymn, najbardziej przystępny i błogi fragment płyty, czyli "New You", znane z koncertu jako "Rough Song". Władysław Komendarek stwierdził niedawno, że jara się drumbasami – nazwijmy więc wieńczące trzy utwory mianem części drumbasów. To powrót do krainy nadmiaru bodźców, synergiczna puenta wcześniejszych kawałków. "In Another Way" to chyba mój ulubiony fragment albumu – pewnie różnych rzeczy tu nie ma, ale nie są to akurat te rzeczy, które lubię w muzyce – te akurat tu są w komplecie, choć do tej pory nie wydawało mi się, że lubię akurat wojenne drumy. W "Nothing Is" pojawia się jedna z klasycznych form mrugnięcia okiem do słuchacza w wykonaniu MBV – przez ostatnie kilka sekund słyszymy osuszony riff, usunięty gdzieś w tło, jakby można było z daleka przyjrzeć się szkieletowi kompozycji, która jest w zasadzie zwartym reichowym minimalem, przepisaniem "MBV Arkestra" z Exterminatora na język zespołu Orthrelm. Z kolei kończący "Wonder 2" jest ukoronowaniem rozciągniętego na cały album drążenia w pomysłach, ideach i patentach; brzmi, jakby Stockhausen planując swoje "Helikopter-Streichquartett" zamiast kwartetu smyczkowego kazał w helikopterach zasiąść czterem orkiestrom grającym na raz szóstą, "tragiczną" symfonię Mahlera, muzykę wiedeńskiej apokalipsy. Z tym że nie wiem, czy w ten sposób wyjaśnię wam ocenę powyżej, i czy możecie wierzyć mi na słowo.

Może faktycznie należałoby poczekać z recenzją tej płyty 22 lata, a może dobrze, że ładunek internetowej postironii narósł tak bardzo, że aż musiał sam się rozbroić. Nowa płyta My Bloody Valentine to w końcu tylko jedno z wielu "wydarzeń" na tablicy; ale w świecie braci Karnowskich i Kamila Sipowicza, nowego Smarzowskiego, nowego singla The Knife i Primavery, na której możesz skonsumować całą zasugerowaną tu czy tam muzykę, którą przez rok uzbierałeś na dysku twardym, nie bardzo stać mnie na skrajności cynizmu czy usztywnienia języka przesadnym patosem. Mimo monumentalnych ambicji, które przelewają się w dźwiękowej magmie domknięcia trylogii, m b v to przede wszystkim bardzo zajebista płyta, gorące gówno, wykurwista nuta na własnych prawach, a jednocześnie fascynujące "ciemne świecidło" zdejmujące ciążący na Loveless hagiograficzny wymiar.

Łukasz Łachecki    
4 lutego 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie