RECENZJE

Muzyka Końca Lata
PKP Anielina

2011, Thin Man 6.8

To jest trochę jak wakacje u babci. Kanki zostawiamy puste przed domem sąsiadki, aby w drodze powrotnej z bazy odebrać je napełnione mlekiem. Na pastwisku krowy pasą się niczym niewzruszone. Tylko w niedzielę ktoś zakłóca im sielską monotonię, przepędzając z łąki, zbierając placki przed zbliżającym się spotkaniem B Klasy. W czasie meczu jemy andruty, popijamy oranżadą. Świat jest bezpieczny i bardzo mały. Kiedyś pragnęło się wyjść poza, dziś chce się tam wrócić. Muzyka Końca Lata daje nam tę szansę.

Zorganizujmy więc wypad na rajd i rozbijmy biwak. Zarówno muzyczne jak i tekstowe odniesienia nie pozwolą nam wyjechać za daleko, zespół wyraźnie nie dostał od władz paszportu. Pozostają więc spływy na mazurach, spotkanie nad morzem albo dziki bieszczadzki wschód. Na obozie harcerskim byłem tylko raz, jako maminsynek średnio zniosłem latryny i garkuchnie, wcale nie mam jednak pretensji do tych zuchów, że w ich muzyce płonie ognisko a połoniny w deszczu, mgle, podobnie jak nie uważam porównania do Czerwonych Gitar za w jakikolwiek sposób krzywdzące. Bigbit pulsuje w tej muzyce i przebija w tekstach. Dziś w sadzie wdrapałem się na czereśnię i obserwując bociany, wyryłem w korze drzewa inicjały ukochanej, słodkiej jak jego owoce. Niektóre rzeczy po prostu odsyłają do dawno okrzepłych skojarzeń.

Wiosna, maj, kwitną bzy, PKP Anielina dmucha na dmuchawce a chrabąszcze wrzuca dziewczynom za bluzki ciepłą letnią nocą. W lirykach ”cielak i wiśnia, pszczoły, żurawie” grają konwencją z ”szumiał nam wiśniowy sad, białą ciszą ptaków strzegł” Klenczona, któremu tekstu nie napisał tym razem Andrzej Olechowski. ”Wiosna” powtarza echo radosnego oczekiwania Wiślan 69, gdzie ”ciągną młodych w pole harce i swawole”. Muzyka Końca Lata bardziej niż Nerwowe Wakacje eksploruje ten swojski prowincjonalizm: spacery dziką plażą, wczasy pod gruszą, strzelanie z patyka do hitlerowców czy żaby rozjechane na asfalcie po deszczu. Wystarczy wspomnienie randki w gołębniku by całość nabrała nostalgicznej patyny starych filmów, jakiegoś Szatana z Siódmej Klasy czy Podróży Za Jeden Uśmiech. Tak na marginesie, goniąc kormorany, te wszystkie żurawie i bociany dzięki Przygodom Wróbla Ćwirka można było wtedy łatwiej ogarnąć podobnie jak sikorkę, wilgę, sójkę czy nawet trznadla.

Głosy ptaków w ”Śnie” otwierającym Mrowisko Klanu zastępuje na PKP Anielina intro z wplecionym motywem zaślubin z bałtycką falą, a gitara w ”Cielak i Wiśnia” buzuje równie głośno co ”Trzmiel” Pięciolinii. Zakończenie ”Kogucika” wyławia zaś brzmienie instumentali na kształt ”Przed Burzą” Tajfunów lub motywu ze znanego pancernego serialu. Rozbudowane instrumentarium i tendencje do kompozycyjnych zawijasów z pewnością spotkałyby się z aprobatą Romualda i Romana albo dawnych Skaldów.

Ale! Choć umoszczony w retro-babcinym kożuchu, album nie wymaga wcale aktualizacji tam, gdzie porusza sprawy odporne na upływ czasu. Zwłaszcza w końcowych partiach ta współczesna grupa instrumentalno-wokalna wykracza poza figlarne naśladownictwo ”A Ty Pocałujesz Mnie” Polan, opowiadając intymną historię jednej miłości i ran nie do końca chyba jeszcze zaleczonych, wychodząc wtedy naprzeciw rozterkom spóźnionego dojrzewania wszystkich dwudziestokilkuletnich Amelii i Peter Panów. ”Czasem jeszcze się przyśnisz i ciężko z łóżka potem wstać, bo wiem że to już za nami, dziś pora innym swe ciepło dać” – połączenie prostej melodii z takim bursztynkiem potrafi ująć jak mecze kadry Górskiego.

W wieńczącej ”Zimie” (trochę podobnej do ”Chłopca Z Plasteliny”), wers: ”wtedy opowiesz jak byłaś mała i chłopcy rzucali śnieżkami, jak z mamą i tatą lepiłaś bałwana, jak mróz całował policzki”, mógłby stać się doskonałym podsumowaniem całej płyty, łącząc popkulturowe wyobrażenia o tym, co było, z osobistymi wspomnieniami i przenosząc cały ten bagaż dalej w ”dzień dzisiejszy”. W tych momentach doskonała lekkość pierwszych opolskich festiwali, ociera się o nostalgiczne sznyty indie-popu, by obrodzić, kolejną już w tym roku, płytą na letnisko, czasem do niezobowiązującego słuchania, a często do zrelaksowanej kontemplacji. Mińsk Mazowiecki to brzmi i swojsko, i kresowo, a okładka z melancholijnym wierzbowym krajobrazem wręcz zachęca do tego, by śladem Pyzy znaleźć się na polskich drogach. Pakuję więc plecak licząc, że lato wcale nie stanie się nerwowe, a wakacje, jak u Jarmuscha, nie będą mieć końca. Do widzenia Wam, canto, cantare.

Wawrzyn Kowalski    
15 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja