RECENZJE

Muse
Absolution

2003, Taste Media 2.2

W niedzielne poranki piję kawę, przeglądam gazety. Ogólnopolski dziennik, opis nowej płyty Muse pewnego pana, któremu z wrodzonej dobroci serca oszczędzę wzmianki nazwiska:

W muzyce Muse jak w lustrze przegląda się to wszystko, co bardziej ambitne w brytyjskim rocku ostatnich lat. Swoista manieryczność Suede. Skłonność do teatralności Mansun. Mroczna perwersyjność Placebo. No i przede wszystkim obsesyjne zamiłowanie do introspekcji w wydaniu Radiohead. Dorzućmy do tego niezwykle ekspresyjny śpiew lidera Muse Matthew Bellamy'ego. A także jego zamiłowanie do przeplatania efektownych, nieomal barokowych pasaży wygrywanych na gitarze i instrumentach klawiszowych z ciężkimi, hardrockowymi riffami. I już gotowe. Mamy "Absolution". Naczekaliśmy się na tę płytę jak na mało którą. Szkoda, że byliśmy przez kilka miesięcy pozbawieni dostępu do tej muzyki. Bo to świetny album. Niesamowicie wciągający. Fakt, Bellamy często balansuje na granicy histerii. Niektóre kompozycje na "Absolution" trącą odrobinę pretensjonalnością. Ale tak musi być...

No cóż, zacznijmy może od tego, że niezupełnie się zgadzam.

Na przykład zastanawiam się, jak to w ogóle jest możliwe, żeby jeden zespół połączył wszystko, co dobre u Radiohead, Mansun, Suede i Placebo (nie mówiąc już o tym, że jest jeszcze co najmniej kilka zespołów, które zaliczyłbym do ambitniejszego brytyjskiego rocka ostatnich lat). Analogicznie można powiedzieć: "Pan Zdzisiek, malarz pokojowy, w wolnych chwilach maluje portrety swojej żony Halinki, łącząc wszystko, co ambitne w malarstwie ostatnich stuleci, czyli styl Malewicza, Van Gogha, Boscha i Picassa". I co to jest ta "swoista manieryczność"?

Zgodzę się, że Muse ma szeroki katalog zrzyn-spiracji, moje obserwacje są tu zadziwiająco zbieżne. Ale miast mówić o "lustrze", należałoby posłużyć się terminem "krzywe zwierciadło". Rzeczywiście, ten zespół nie ma własnego stylu i nie może się zdecydować, czy podążać tropem Six Mansun, czy może Radiohead, czy jeszcze innej grupy, co stawia go w bolesnym dla słuchacza, muzycznym rozkroku. Dorzućmy do tego "niezwykle ekspresyjny", trzęsący się nieustannie niczym przyrodzenie staruszka z chorobą Parkinsona, kiczowaty falset lidera Bellamy'ego (krzywe zwierciadło twórczości wokalnej Buckleya i Yorke'a). I już gotowe – robi się naprawdę nie do wytrzymania.

Dlaczego oni to robią, że nawet jak przez kilkanaście sekund uda im się poprowadzić jakiś fajniejszy motyw (jak w "Time Is Running Out" lub "Hysteria"), to zaraz przywalają go barokowym guano na gitarze i pasażami na klawiszach na poziomie trzeciej klasy muzycznej szkoły podstawowej, by zmarnować cały efekt? I dlaczego "tak musi być", że Bellamy balansuje na granicy histerii, a toporne kompozycje trącą pretensjonalnością (w obu przypadkach to mało powiedziane)? Tak wcale nie musi być! I tak zaraz nie będzie, bo zwyczajnie nie zdzierżę już Bellamy'ego, który jest chyba największą przeszkodą w czerpaniu jakiejkolwiek przyjemności z tej płyty, i wyłączę ją na amen. Kurde! Koleś mógłby wrony płoszyć. Przebrnięcie przez Absolution jest dzięki niemu nie lada wyzwaniem.

Czy naprawdę tak trudno odróżnić badziewne reprodukcje od świetnych pierwowzorów? Nie rozumiem koncepcji tej płyty – czy to ma być jakiś przewodnik po brytyjskim rocku lat 90-tych w pigułce, prostacki bryk dla nieświadomych słuchaczy? Czy może chodzi o to, żeby z płyty na płytę schodzić coraz niżej (Showbiz nie była nawet taka zła, na Origin Of Symmetry chwilami zdarzały się przebłyski średniactwa)? Tak czy inaczej, co to zmienia? "Naczekaliśmy się" na tę płytę? Czekać, to ja mogę na nowy album Modest Mouse albo !!!. Bo na obiektywne recenzje w gazetach, to już się chyba nigdy nie doczekam.

Tomasz Gwara    
23 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie