RECENZJE

Murcof
Martes

2002, Leaf 8.8

Zupełnie nowy wiatr powiał nam z Meksyku. Na granicy Stanów i kraju amigos, w mieście Tijuana działa grupa ludzi zrzeszona w grupę artystyczną pod nazwą Nortec Collective. W tamtym roku pojawiła się stamtąd świetna Panoptica. Teraz dostajemy jeszcze mocniejszego Murcofa. A Leaf z miejsca stał się dla mnie wytwórnią, której profil i inne wydawnictwa zaplanowałem poznać w najbliższym czasie. Tym bardziej, że wcześniej byłem już tam przywiedziony osobą Susumu Yokoty i jego słodkim, baśniowym Grining Cat.

Murcof to Two Lone Swordsmen, Rechenzentrum, Dan Abrams i Jan Jelinek w jednej osobie. Two Lone Swordsmen, bo utwory z Martesa odznaczają się świetnie zbudowaną, skończoną dramaturgią. Są żywe, mistrzowsko prowadzone, z wymyślnymi, perfekcyjnie skonstruowanymi elektronicznymi figurkami, takimi jak na przykład w "Marmolu" mała implozja, czyli wbuch, sprawiający wrażenie wsysania materii w jeden punkt. Dlaczego Dan Abrams? Utwory podszyte są imponująco klikającą, pstrykająco rytmiczną pajęczyną, przywodzącą na myśl dokonania między innymi tego artysty. Jan Jelinek? Martes to Classical-finding-Fernando Corona, gdzie Fernando Corona oznacza zdolnego człowieka posługującego się elektronicznymi cudami i tworzącego coś bardzo oryginalnego i niepowtarzalnego. Murcof z podobnym do Jelinka wyczuciem wytwarza eteryczną atmosferę, z tym że u Murcofa jest piękniej i więcej się dzieje.

No i wreszcie czwarte ogniwo: Rechenzentrum. Bez nich trójka powyższych artystów wypadłaby może zbyt gładko. A trzeba przyznać, że Murcof ma coś w sobie z awangardy. Chociażby ten kameralny klimat, jak gdyby akcja płyty rozgrywała się w jakimś podziemnym, zadymionym teatrze. Podobieństwo do Rechenzentrum przejawia się również w odważnym łączeniu dwóch, zdawałoby się nie mających ze sobą nic wspólnego, światów. I tak jak Rechenzentrum potrafi połączyć, powiedzmy, hałaśliwe free Coltrane'a ze zdystansowanym i naiwnym electro Kraftwerka, tak Murcof łączy klasyczne brzmienia wiolonczeli, skrzypiec, fortepianu i chóru ze współczesną elektroniką. Jeśli do tego wszystkiego jeszcze dodam, że na płycie nie ma słabego momentu, a całości słucha się z zapartym tchem w piersiach, to trudno uciec od wrażenia, że to chyba jak na razie moja płyta roku.

Martes to bardzo tajemnicza kraina. Kompozycje są zastanawiająco piękne, a jednocześnie atomowo magnetyzujące. Znajdziemy tu precyzję oraz głębię ducha. I to w jednolitej, gotowej do spożycia formie. Toż to prawie Teoria Unifikacji!

Zaczyna się niemal cmentarnym "Memoria". Klimat następnych utworów jest trudny do opowiedzenia. Przemykają jakieś niebiańskie falsety, co jakiś czas rozbrzmiewają z oddali skrzypce, przebogata ilość dobrze wkomponowanych w całość świdrowań, odgłosy sypanych kryształów. Wszystko scalone w kompozycje, których po prostu nikt wcześniej nie stworzył. W środku pojawia się chyba hicior tego albumu, czyli "Mes". Jest w nim esencja tej płyty. Jest przejmujący, jest elektroniczny, jest klasyczny, doskonale rozegrany z przeszywającymi smykami. W "Maiz" po sześciu minutach enigmatycznej podróży i minucie ciszy zaczyna grać fortepian. Wzdłuż linii fortepianu, przypominającej mi dokonania Krzysztofa Komedy (!), rozgrywa się intrygujący, minimalistyczny spektakl, gra muzycznych cieni. I choć trwa zaledwie trzy minuty, to fakt, że po drugiej stronie globu ktoś potrafił zagrać tak intymny i delikatny, niczym z głowy Komedy, temat, a do tego ozdobić go elektroniką w duchu dzisiejszych czasów, robi na mnie niezwykłe wrażenie. Płytę kończy straszny, niepokojący i piękny "Unison".

Jeśli uważacie, że raczej jest was już trudno zaskoczyć muzyką i trudno o oryginalność i już wszystko zostało powiedziane i że postmodernizm to taka zmora co zjada sztukę i robi z niej kupę, to polecam Martesa. Zmiękniecie i ciary wam przemaszerują przez kręgosłup.

Krzysztof Zakrocki    
24 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja