RECENZJE

Múm
Summer Make Good

2004, Fat Cat 5.2

Będę szczery. Po doświadczeniu zeszłorocznego koncertu Múm w CDQ nie wchodzą dla mnie w grę poważnie negatywne odczucia wobec tej grupki przyjaznych światu ludzi. Jakiejkolwiek zbrodni by dokonali, pod jakąkolwiek słabizną by się podpisali, w najgorszym wypadku nie będę zwracał na nich uwagi. Niestety, coraz bardziej prawdopodobny jest taki właśnie scenariusz, w którym to za dwa lata na pytanie któregoś z redakcyjnych kolegów "czy już słyszałem nowy album Múm" zareaguję jak najprędzej zmieniając temat.

Póki co, jeszcze nie jest tak źle. Trójka (jedna z bliźniaczek odeszła od zespołu) muzyków, choć z problemami, radzi sobie z utrzymaniem jako-takiego poziomu. Patrząc przez pryzmat wszystkich longplayów grupy trudno jednak nie zauważyć stopniowego kruszenia się każdego z elementów zachwycającej nas dawniej wizji. Znów odnotowujemy krok w tył jeśli chodzi o kompozycje, nad wyraz wiotka kibić przeuroczych niegdyś piosenek zespołu może odliczać swoje ostatnie dni. Krótka piłka: coraz śmielej poczynają dominować wypełniacze. Jest to i tak tylko wstęp do najpoważniejszego zarzutu. Múm bowiem usiłują maskować się sztucznym naciskiem na atrybuty, które zyskały grupie sławę w niezależnym światku. I tak, nieziemsko uwydatnione wokale Kristíny Anny Valtýsdóttir niebezpiecznie zbliżyły się ku najłagodniejszemu ze stopni egzaltacji. Wprawdzie wykonany ruch dla najwierniejszych fanów będzie potraktowany jako "więcej Múm w Múm!", ale przeciętny odbiorca zinterpretuje to dokładnie odwrotnie. Wszelaka nienaturalność zbyt wyraźnie kłóci się z istotą nie tylko tych konkretnie, ale i pewnie w ogóle wszystkich Islandczyków. Za tymi licznymi jak nigdy wokalizami kryje się obecnie zbyt mało emocji, a paradoksalnie – zbyt wiele oprawy. Przez co niekiedy trudno jest dać im wiarę.

Nieco wyblakła również (wydawałoby się nieodłącznie idąca w parze z grupą) atmosfera rozmytej, letniej nocy. Po Summer Make Good ich formuła na otrzymanie takowej wydaje się zupełnie wyczerpaną, wyeksploatowaną. Oferując niewiele treści (wśród których dodatkowo nie wszystkie są warte uwagi), Múm często kurczowo trwają przy bzdetkach, bzdecikach, rozwodząc się nad nimi na nutę nie zaskakującą już nikogo. Przy zminimalizowaniu (słusznym) roli elektronicznych przerywników, tym mocniej sprowadza się to do zlewania się albumu w całość, z której "na sucho" trudno wyłonić poszczególne fragmenty. Pierwszy raz w dyskografii autorów Yesterday Was Dramatic – Today Is OK pojawia się brutalnie termin "szablon". I chociaż nie można odmówić grupie praw autorskich do legitymowania się nim, należy wymagać umiejętności nawet jeśli nie rozległego wybiegania poza jego obręb, to przynajmniej aktywniejszych prób poszerzania go, tudzież kreatywnej modyfikacji.

Co zatem sprawia, że krążek pozostaje niezłym? Narzekając na niedostatek porządnego songwritingu, nie można nie dostrzegać chwil, gdy ów rzeczywiście występuje. Przewijają się przez Summer Make Good dwa, trzy naprawdę korzystne dla naszego samopoczucia utwory. Nieszczerością byłoby negowanie piękna takiego "Nightly Cares", pomimo iż i jego tyczy się większość wyłożonych wyżej zarzutów. Śpiewany przez osamotnioną bliźniaczkę motyw gładzi wszelkie minusy realizowania go, gdyż jest najzwyczajniej w świecie cudny. Tak naprawdę longplay na powierzchnię wydobywają nie piosenki-perełki, a dźwiękowe drobiny, takie niedokończone lub niemożliwe do głębszego przetworzenia na muzykę myśli. Właściwie każdy fragment krążka można pochwalić za takie niekiedy tylko jednosekundowe przebłyski. Poza tym, nawet jeśli Islandczycy coraz częściej nadużywają swojej aury, to ostatecznie można im to wybaczyć. Múm to ciągle Múm, choć wszelkie znaki na ziemi i niebie sugerują, że już po raz ostatni.

Jędrzej Michalak    
28 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie