RECENZJE

Múm
Finally We Are No One

2002, Fat Cat 5.5

Duże były nasze oczekiwania po wspaniałym debiucie, wtedy jeszcze całkowicie nieznanego islandzkiego zespołu. Yesterday Was Dramatic – Today Is Ok należał do najpiękniejszych albumów, jakie dane nam było w zeszłym roku poznać. Łagodna, intymna elektronika, idealna na zimowe wieczory. Teoretycznie przez sformułowania w rodzaju "na zimowe wieczory" mimowolnie deprecjonuje się wartość płyty, jednak tym razem potraktujmy to jako wielkie wyróżnienie. Muzyka Múm wręcz emanuje jakimś wewnętrznym ciepłem, działając niczym balsam na zmysły – dziecinnie niewinna, cudownie melodyjna. Yesterday Was Dramatic nie jest z całą pewnością zwykłą płytą. Jest takim małym skarbem i to wcale nie ze względu na olśniewający poziom – daleko mi do nazywania debiutu Múm arcydziełem. Bardziej chodzi o pewien klimat, specyficzną wrażliwość. Nie chciałbym zgrywać eksperta od muzyki islandzkiej, którym oczywiście nie jestem. Zastanawiacie się też pewnie kiedy wreszcie skończymy podniecać się małą wysepką na północy Europy. Obiecuję tego więcej nie robić; ostatni raz chciałem wyrazić swój zachwyt dla tej wyjątkowości, cudownej odmienności z jaką obcujemy przy zetknięciu się z dźwiękami wyczarowanymi przez dwóch kolegów i siostry bliźniaczki.

Gdyby wszystkie oczekiwania były spełniane, nie odgrzebalibyśmy się spod stosu cudownych, genialnych, pięknych i ponadczasowych płyt. Powtórzenie sukcesu artystycznego przy tak wysoko zawieszonej poprzeczce prawie nigdy nie przychodzi z łatwością, niekiedy jest to wręcz nie do pomyślenia. Tak też jest i tym razem, i dobrze: nie będziemy rozpaczać, bo nie ma nad czym. Finally We Are No One niewątpliwie podąża śladem Yesterday. Jednym słowem nie wnosi nic nowego do wizerunku Múm. I jak zawsze należy uczynić z tego zarzut, kiedy kompozycję są słabe lub pochwalić, jeśli jest wręcz odwrotnie. W tym wypadku ani ganimy, ani chwalimy. Finally We Are No One plasowałaby się dokładnie gdzieś tak po środku. Nie mogę określić mianem zawodu płyty mimo wszystko wciąż dobrej, jak również głupotą byłoby się nią cieszyć. Dobra, dość tego pieprzenia. Przejdźmy do rzetelnego wyjaśnienia na czym rzecz polega.

Najpoważniejszą wadą Finally We Are No One jest bardzo zauważalny krok wstecz jeśli chodzi o inwencję melodyczną. Tu znowu kłania się poprzeczka na wysokości, która momentami byłaby wyzwaniem dla Artura Partyki za dobrych lat. Opisując to plastycznie, pierwsza próba Islandczyków na 2:35 zakończyła się niepowodzeniem. Z tym, że bardziej należy tu mówić o locie pod drążkiem, niż pechowym strąceniu. Na drugiej długogrającej płycie Múm nie dosłuchałem się ani jednego tak niepowtarzalnego motywu, jak te z "I'm 9 Today" czy "There Is A Number Of Small Things" z Yesterday Was Dramatic. Pewne aspiracje zgłasza chyba tylko singlowy "Green Grass Of Tunnel", rozpoczynający płytę po krótkim wstępie. Bardzo ładna pieśń zupełnie nie zapowiada tego co będziemy mieli okazję usłyszeć w dalszej części. Gdybym nie poznał tego utworu wcześniej, prawdopodobnie stanowiłby on dla mnie duże zaskoczenie, zwłaszcza w połączeniu z następnym na płycie "We Have A Map Of The Piano". Z tej prostej przyczyny, że na debiucie nie było żadnych konwencjonalnych piosenek, a tu nagle na samym początku otrzymujemy dwa utwory jak najbardziej tradycyjne. I choć oba bardzo ładne, na pewno robi się przez to jakby zwyklej.

"Don't Be Afraid, You Have Just Got Your Eyes Closed" jest już jawnym odniesieniem do poprzednika: kilka prostych dźwięków mających zbudować zapadający w pamięć motyw, nawet te słynne "lalala" w środku, a jednak nie jest to już nawet zbliżony poziom. Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest "K/Half Noise". Za sprawą powolnego tempa i usypiających dźwięków, utwór ten jednoczy się z miarowym rytmem naszego oddechu. Zaleca się słuchanie w pozycji leżącej.

Nowych elementów na Finally We Are No One jest niewiele. Warto zwrócić uwagę na liczne akordeonowe stylizacje ludyczne i wspomnianą już obecność wyraźnego wokalu, oczywiście żeńskiego. Wbrew pozorom nie oznacza to większej piosenkowości; tu głównym wyznacznikiem byłaby raczej melodia, a ta jest w większości przypadków nieobecna. Być może jest to nieco konserwatywne podejście, ale owa nieobecność melodii jest nieraz bardzo drażniąca. Tak monotonne utwory, jak "Now There's That Fear Again" i "Finally We Are No One", aż wołają o jakiś ożywczy zaśpiew czy motyw. Oczekiwana melodia nie nadchodzi. Oprócz tego in minus wyróżniają się jeszcze bezbarwne przerywniki "Behind Two Hills,,,,A Swimmingpool" i "Faraway Swimmingpool". Na razie rok 2002 nie przyniósł nam zbyt wielu dobrych płyt. Nowy Múm, choć z pewnością powyżej przeciętnej, niestety nie powiększył owego grona.

Michał Zagroba    
17 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie