RECENZJE

Mudhoney
Under A Billion Suns

2006, Sub Pop 2.8

Mudhoney są grupą uczciwych ludzi odpowiedzialnie oceniających własne możliwości i sumiennie odrabiających drapieżną, garażowo-heavymetalową pańszczyznę. Są szczerzy, ponieważ nie próbują maskować oczywistych cienkości, tylko konsekwentnie nadają w klimatach aktualnych piętnaście, dwadzieścia lat temu. Trwają więc twardzi jak skała niezmienni, nieczuli zupełnie na przemijające mody, a nawet także na fakt dotykających ich coraz dotkliwiej przeobrażeń geomorfologicznych, bowiem nawet tak twarde grunge'owe minerały poddają się procesowi wietrzenia, warto pamiętać!

A propos głazów, parę piosenek pełni tu rolę cegieł ściągających Under A Billion Suns głęboko na dno. Melodycznie "I Saw The Light" grzęźnie w gęstej czarnej smole, a brutalne "Hard-On For War" o dosadnym anty-republikańskim wydźwięku przypomina właśnie ołów, czołgi i szczerze mówiąc średnio dociera ze swoim przesłaniem, chyba że ktoś W.A.S.P. słucha, bo wtedy nie wiadomo. Dalej "In Search Of" – no to jest też kurwa śmiech na sali, jak powiada toruński Cygan. Żywy egzemplarz zjawiska kreacyjnej niemocy oraz pięciominutowych kawałków rozciągających się w subiektywnym poczuciu czasu na kwadrans-trwające, neo-gotycko-gówniane epiki.

Solidne momenty bywają również, choć rzadziej. Na punkowe "It Is Us" weterani wcielili się w napierdalających w CBGB's Sonic Youth; Mark Arm odegrał rolę młodego Thurstona i jedynie zajeżdzające rasowym hardrokiem ucinane solówki wiosła w prawej słuchawce przypominają z kim mamy do czynienia. KurdĘ a propos, te popisy co Steve Turner strzela na szosie... ja nie jestem przekonany proszę państwa. Dla mnie to jest słabe. Coś jak rzemiosło muzyka sesyjnego z podmiejskiego domu kultury, czerpiącego większą przyjemność z ćmienia peta, niż odgrywania roli rockmana. Może się mylę, może gostek przeżywa, ale jakoś nie wydaje mi się no.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że istnieją donioślejsze wydarzenia niż kolejna płyta Mudhoney. Zresztą fotos na tyle okładki zdawałby się sytuować kapelę w kategorii rzetelnie starzejących się amerykańskich weteranów country pop-rocka o dobrotliwych, uśmiechniętych obliczach (takie Steely Dan), no może gdyby nie lekko neurotyczne spojrzenie Arma, zachowującego na tle kolegów resztki młodzieńczej zadziorności. Krążek więc użyteczny właściwie z jednej tylko perspektywy – jako kolejny dokument sprzeciwu muzyków wobec polityki Białego Domu. Uzbierała się już chyba całkiem pokaźna literatura w temacie, a w obrębie tego działu ostatnie płyty Posies i Mudhoney należy niestety postawić obok siebie, aczkolwiek z delikatnym wyróżnieniem dla ostatnich.

Michał Zagroba    
24 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie