RECENZJE

Muchy
Terroromans

2007, Polskie Radio 8.2

Sygnał z centrali nadszedł jakiś czas temu – będzie płyta. W końcu. Po długim oczekiwaniu. Data premiery jawi się swego rodzaju znakiem – Terroromans ukazuje się dokładnie wtedy, gdy archiwum recenzji Porcys dobrnęło do liczby 999. Tak, zgadliście, czytacie teraz reckę numer 1000. Pamiętacie jaki krążek Borys opisywał jako setny? Lepiej sprawdźcie. I zanim z lekceważeniem wzruszycie ramionami uświadomcie sobie, że nic nie dzieje się przypadkowo. Nic.

Napisałem jakiś czas temu, że wydanie debiutanckich Much będzie najważniejszym wydarzeniem dla polskiej sceny niezależnej od chwili premiery Cool Kids Of Death. Wygląda na to, że się nie pomyliłem. Popkulturowa wartość Terroromansu jest bezsprzeczna, oto zespół z Poznania odzyskał dla polskiego rocka lata osiemdziesiąte, odzyskał czas w którym śpiewało się o czymś, w którym słowa miały takie samo znaczenie jak muzyka. Koniec z tekstami o niczym, koniec z wymuszonymi lirykami uwypuklającymi tylko niemoc twórczą tekściarzy. Wiraszko ma coś ważnego do powiedzenia i to mówi. Tak po prostu, bez zbędnego napinania się i silenia na pseudo-oryginalność jakże często kończącą się bełkotem.

Zaczyna się od "Wyścigów", w których wokalista grupy sygnalizuje i zarysowuje wstępnie wątki i tematy, które stanowią oś liryczną Terroromansu. On i ona, tu i teraz, miłość, romans, rozstanie, brak akceptacji, niezdecydowanie, coraz mniej nastoletnie rozterki, poszukiwanie sensu, szukanie dla siebie miejsca w świecie. Dawno nikt nie pisał o tych najprostszych, w gruncie rzeczy, sprawach w tak wysublimowany, poetycki sposób jak tekściarz Much. Zwieńczenie openera fragmentem "Nigdzie się nie spieszę / Nie mam żalu do nikogo / Nie kopiemy się pod stołem / Jestem po swojej stronie", który jest odpowiedzią na wcześniejsze "Pamiętam jak mówisz / 'Nie, jeszcze nie teraz / Nie, jeszcze nie dziś / Potrzebuję czasu'" jest prawdziwym majstersztykiem i świetnym przykładem nieprzeciętnych umiejętności Michała. A są tu jeszcze przecież "bulwary śpiewające o średniej sytuacji", "mętne zaklęcia reklam" czy "podręczniki do sztuczek o życiu". Ilość sformułowań, które przy odrobinie szczęścia mogą wejść do powszechnego obiegu przyprawia o zawrót głowy. Także melodia "Wyścigów" zostaje w pamięci na długo: kawałek opiera się na zaraźliwej gitarze wspomaganej przez sprawną sekcję rytmiczną i wspartej przemyślaną, selektywną produkcją. Wszystko jest tu na swoim miejscu, nic sie nie dzieje się przypadkowo. Nic.

Potem jest znakomita, jadąca na dialogu gitary z basem, "Fototapeta". Solówka przed refrenem przygotowuje grunt pod hipermelodyjny riff chorusu kończący się podcięciami prawie jak w "My Favourite Disease". W drugiej zwrotce natomiast zaskakujące handclapy kontrują rymy Wiraszki (w pewnym sensie przypominające z kolei to co dzieje się lirycznie w "Galanterii"): "makieta" – "fototapeta" – "etykieta" – "nietakt" – "przetarg" – "planeta". Nie chodzi w tym przypadku o czystą, nieskrępowaną niczym zabawę formą, nieco inaczej niż w tytułowym kawałku z demówki Much, lecz o próbę opisania za pomocą tych, i paru innych, wyrazów stanu dzisiejszego świata. Zadanie karkołomne? Być może, efekt jest jednak znakomity.

Swego rodzaju zaskoczeniem jest znajdujący się pod indeksem trzecim "Najważniejszy Dzień". Dotąd uważany przeze mnie za uniwersalny, całkowicie beztreściowy utwór w kontekście całej płyty okazuje się być ściśle związany z jej głównymi tematami. Refren z zapytaniami "Czy już wiesz, czy chcesz? / Czy już jesteś w grze? / Czy rozumiesz i potrafisz opowiedzieć się?" jawi się rozwinięciem sytuacji z "Wyścigów" – tak jakby podmiot liryczny miał nadzieję, że wypowiadane przez dziewczynę słowa "'Nie, jeszcze nie teraz / Pod światło widać / Jak bardzo się różnimy'" straciły na aktualności. Zespół również zdaje się mieć świadomość, że ten kawałek nabrał nagle zupełnie innego znaczenia i w pewnym sensie sugeruje to słuchaczom – wersja z Terroromansu została bowiem znacznie zmodyfikowana w porównaniu ze wcześniej znanym wykonaniem.

Podobnie zmieniono "Galanterię", którą wybrano na pierwszy oficjalny singiel promujący album, oraz "Górny Taras". Pierwsza z tych piosenek teraz zachwyca jeszcze bardziej głównie za sprawą refrenu z przepiękną partią skrzypiec i idealnie uzupełniającym wokal Wiraszki głosem Piotra Maciejewskiego. Godny uwagi jest także moment następujący bezpośrednio po drugim chorusie, w którym kruszące najtwardsze serca wersy o "słowach słodkich jak delicje" podano na tle rozmytych, elektronicznych plam wydobywanych z Rhodesa. "Taras" jest z kolei popisem Waliszewskiego na perkusji: w tym numerze widać jak kolosalny postęp stał się udziałem tego muzyka – dawna punkowa gra Szymona na bębnach jest obecnie pieśnią odległej przeszłości. Równie istotną rolę odgrywa tu niezwykła wyobraźnia aranżacyjna Maciejewskiego, co słychać doskonale we fragmencie rozpoczynającym się na wysokości 3:12, gdzie delikatny bit współgra ze smykami subtelnie podkreślającymi wokalizę Michała.

Elektronika pojawia się na chwilę także w "Zapachu Wrzątku", który jest, obok "Wyścigów", moim ulubionym kawałkiem z płyty. Chwila w której gitara a la Modest Mouse wyłania się z bitu (1:15) należy do jednej z tych chwil Terroromansu, które powinny być prezentowane młodym adeptom polskiego rocka jako odpowiednik wzorca z Sevres. Fragmenty w których Piotr o sekundy wyprzedza Michała wyśpiewując te same, nieco jedynie skrócone, wersy trudno skwitować inaczej niż kręcąc z niedowierzaniem głową. "Wrzątek" stanowi ponadto istną kopalnię kolejnych lirycznych perełek dostarczanych przez Wiraszkę i definiujących jakby od niechcenia pewne stany, o których tak trudno jest mówić nie popadając w banał czy przesadną pretensjonalność: "Wyjedziemy gdzieś za miasto / Odwrócimy się plecami / Będziemy się poznawać / Ustami i palcami" czy "Nauczymy się od nowa / Chodzić spać / I wypowiadać słowa na M". Masakra. A propos Republiki – "Pięć Po Wpół" jest wspaniałym hołdem złożonym Ciechowskiemu, wystarczy posłuchać tego, co dzieje się w ostatnich 30 sekundach tej piosenki. Na łopatki kładzie też poprzedzający ten numer, połączony z nim "Brudny Śnieg" z kolejnym szlagwortem – "Zakochuję się w tramwajach / Zakochuję się na mieście / Potem tydzień chodzę przez sen / Jem brudny śnieg".

Pod dziewiątką kryje się utwór "21 Dni". Samo słuchanie perfekcyjnej linii basu Maciejewskiego dostarcza niezwykłych doznań spotęgowanych jeszcze przez przeszywające klawisze, ciszę po lekko trąconym przez Szymona talerzu przed refrenem i sposób, w jaki Wiraszko śpiewa pozornie proste słowo "co". Ileż ładunku emocjonalnego w tym krótkim wyrazie, ileż niedopowiedzianej treści. Napędzane eightiesowymi synthami, również znane wcześniej, "Miasto Doznań" to kolejny numer wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Frazę "wyglądasz tak nierozsądnie, to nieistotne" wypowiadaną przez licealistę do urodziwej koleżanki słyszałem ostatnio w tramwaju, to chyba się samo komentuje. Kwestią czasu jest, zdaje się, doczekanie dni, w którym dzieciaki będą komunikować się za pomocą wersów "nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj mnie" z innego utworu, w którym tak ważną rolę pełni syntezator, czyli z piosenki tytułowej.

Album zamyka, po kilkusekundowej ciszy, "111". Numer odróżnia od pozostałych kawałków inny sposób aranżacji – wokal wysunięto nieco do przodu, perkusję w dużej mierze spreparowano, dodano partię waltorni. O tym, że to nadal Muchy przypomina wciąż wiele elementów w tym osobisty tekst, gitara a la Interpol (od 2:36) i niespodziewany finał. Ciekawy eksperyment, zobaczymy czy jednorazowy czy raczej zwiastujący kierunek rozwoju zespołu. Osobiście optowałbym za pierwszą z tych możliwości.

Zwraca uwagę fakt, że to nie jest zwyczajne CD z dwunastoma zgrabnymi, melodyjnymi songami indie, z których każda ma szansę czy nawet powinna stać się przebojem. Owszem można, nieco powierzchownie, tak to dzieło potraktować i porównać je pod tym względem choćby do self-titled Lady Pank, gdzie każdy numer był samodzielnym bytem stanowiącym materiał na hit. Jest jednak ten debiut czymś więcej, jest pewną opowieścią, w której każda piosenka ma swoje właściwe miejsce i czas. A więc byłyby to Nowe Sytuacje XXI wieku? Chichot historii – oto wydawnictwo, który gdyby ukazało się w latach osiemdziesiątych zapewne mogłoby stać tak na półce wyznawcy Ciechowskiego, jak i skonfliktowanego z nim fana Lady Pank.

Siła krążka poznańskich muzyków tkwi bowiem między innymi w tym, że spełnia on oczekiwania bardzo różnych odbiorców. Zarówno tych, którzy oduczyli się już traktować płyty jako zwartą całość i którzy z Terroromansu wybiorą kilka swoich ulubionych momentów, do których będą z radością wracać, jak i tych czerpiących przyjemność z odnajdywania znaczeń, szukania sensu, rozgryzania konceptu i docierania do sedna albumu. Ze swojej strony polecam obranie przy poznawaniu debiutu Much drugiej ze wskazanych wyżej ścieżek. Nie pożałujecie.

Tomasz Waśko    
16 listopada 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy