RECENZJE

Muchy
Notoryczni Debiutanci

2010, Sony Music 6.5

Czemu Notoryczni Debiutanci? Bo fakt, że po dwóch latach i czterech miesiącach (w playliście o "Przesileniu" było coś o czekaniu blisko trzy lata – nie demonizujmy, Terroromans ukazał się w listopadzie 2007) od wyjścia debiutu nie pamiętamy już o Muchach? Bo cały hype i wszystkie emocje otaczające zespół opadły? Bo już się nie czekało na tę płytę? Bo znów mają do udowodnienia tyle, co debiutujący wykonawcy?

Przy dzisiejszej wszechdostępności mediów można sobie wyobrazić, że są w Polsce młodzi ludzie, którzy bardzo intensywnie interesują się muzyką, a jeszcze w 2007 znajdowali się zupełnie poza orbitą źródeł informacji w rodzaju Porcys. Mogą istnieć pączkujący pop-erudyci i młodociani wszystkożerni fani niezalu, którzy nie załapali się na nasz album nr 6 A.D. 2007. Im zatem mówię: ominęła was zajebista płyta, trochę rozbuchana dyskusja wokół niej, jakieśtam "wydarzenie kulturalne". Zestaw zdumiewająco przebojowych post-punkowych piosenek, który kończył się "111", słabą balladą w polskim "romantycznym" stylu. To zamknięcie płyty powodowało pewien niepokój, mimo ogólnej dużej satysfakcji. Okropny cover "Papierowego Księżyca" Haliny Frąckowiak, nagrany chwilę później, niepokoił jeszcze bardziej. A potem nagle odbili się od dna wydając w 2008 na świat swój prawdopodobnie najlepszy kawałek, melodyczne tour de force – singiel "Państwa Miasta". Miałem nadzieję, że jest pilotem drugiej płyty. Nie był. Zespół kazał nam jeszcze długo czekać.

I oto są wreszcie Notoryczni Debiutanci. Czy warto było ich wypatrywać, jeśli jednak wypatrywałeś (jeden z redaktorów serwisu niedawno ustawił sobie na Facebooku status "jeśli ktoś jeszcze nie ma wyjebane na zespół Muchy, to nie wiem na co może mieć?)? I tak masz ten album odkąd się pojawił w sklepach, nie ściemniaj.

Powiedzmy sobie od razu co jest nie tak z tą płytą. Sam początek to spełnienie wszelkich potencjalnych lęków, smętna zwrotka "Rekwizytów" podąża ścieżką wytyczoną przez "111", plus znajduje chwilę, żeby przypomnieć o Kasi Kowalskiej (moment "a skąd ten strach", sami się przekonacie). To, że refren jednak odkupuje te winy to niemal cud. Kolejny problem to niektóre aranżacje. Mógłbym to też ująć inaczej: ktoś powinien gdzieś schować ten cholerny akordeon podczas sesji. Jego pojawienie się w "Rekwizytach" jest zbędne i wypada niezgrabnie, ale prominentna partia w "Kołobrzeg – Świnoujście" to już estetyczna zbrodnia. Ten stary faworyt z dema Galanteria zostaje niemal zrujnowany rzewną, knajpiano-cygańską partią wspomnianego instrumentu – w ten sposób dostajemy kolejny rozczarowujący zamykacz w historii Much. Sentymentalne smyki w "W Zasięgu Ramion" też rażą swoją taniością pozostawiając rysę na świetnej piosence. No i jest jeszcze produkcja. Znany z profesjonalizmu Marcin Bors daje Muchom fachowe, ale bezduszne brzmienie. Szymon Waliszewski, jeden z najlepszych perkusistów tej generacji, zostaje zredukowany do roli automatu perkusyjnego, te mechaniczne kliknięcia na tyłach piosenek mogą tylko zdołować fanów jego talentu. Sekcja rytmiczna to tylko daleki plan dla wyszlifowanych, rozpanoszonych w miksie gitar. Tak brzmi zespół wyskakujący prosto z płyty do radia, te piosenki są gotowe się sprzedać.

No ale życzę im serdecznie, żeby się sprzedały, bo to są dobre piosenki. Wypisałem powyżej listę skarg, ale wady nie uniemożliwiają słuchania tej płyty w całości i z przyjemnością. A to dzięki dobrym kompozycjom. Jakkolwiek by nie błądzili w tym jak traktują swoje utwory, członkowie Much nie potrafią się powstrzymać przed obdarzeniem każdego solidną melodią. Nawet loty na autopilocie jak "Zimne Kraje" i "Serdecznie Zabronione" są zupełnie przyjemne. Najlepszą szybką piosenką w klasycznym stylu Much jest super chwytliwe, ostro napierające "W Zasięgu Ramion". Wypuszczone wcześniej w celach promocyjnych "Przesilenie" i utwór tytułowy są też mocne, mimo, że pierwszy z nich to przedstawiciel trochę już zwietrzałej konwencji "tanecznej" nowej nowej fali. No i są tu też "eksperymenty" – ulotna i delikatna "Przyzwoitość" to miła odmiana w środku albumu, ale "'93" to już rewelacja. Główny motyw tworzony przez klawisze i gitarę to bardziej Kombi niż zachodni post-punk / nowa fala, refren eksploduje chóralnym śpiewem, który mógł się okazać kompletną porażką, a działa jak złoto.

Rzadko omija się teksty pisząc o Muchach i nie ma się co dziwić. Michał Wiraszko, klasyczny frontman, primadonna, żul-amant, nie piszę wersami, tylko gotowymi potencjalnymi cytatami, które z miejsca brzmią i wyglądają na definiujące jakąś generacje czegośtam (co tam sobie chcecie wstawić: i-pody, facebooki, nie wiem, Avatara?), nawet jeśli nie wiadomo o co chodzi. Na pierwszej płycie przeszedł po linie, ale tutaj momentami popada w autoparodię – "Serce miasta jest spuchnięte jak huba" czy "Tata nie nauczył walczyć / Mama nauczyła płakać" należą do momentów, w których zagryzam zęby. Ale ogólnie wygrywa, życie jest czasem głupie, Michał Wiraszko śpiewający o życiu też jest czasem głupi, to się akceptuje. Dominujący na Terroromansie temat melanży i miłości często zastępuje dojrzewanie, koniec czasów młodzieżowych, patrzenie w przyszłość, nostalgia też. "Piętnaście Minut Później" to lata 90. z pamięci ("Chodziliśmy do księgarni / Wdychać grzbiety nowych 'Thorgali' / Próbowaliśmy z przedruku / Beksińskiego zrobić tło do akwarium") – to może być najbardziej wzruszająca piosenka Much.

Więc czym właściwie jest ten powrót do gry? Nie rewelacją, dużym krokiem naprzód. Zwykłą powtórką też nie. To płyta prezentująca zespół bardzo przywiązany do określonego stylu i sposobu ekspresji, który jednak próbuje ten styl pogłębiać w różnych kierunkach. Komercyjne wypolerowanie tego albumu, wręcz killersowe brzmienie, predestynuje go do walki o hajs i serca mniej obcykanych słuchaczy zajawiających się daniami tygodnia z "NME". W efekcie sporo zalet pierwszego longplaya zespołu – to bardziej "amerykańskie", d-planowe oblicze, interesujące partie sekcji rytmicznej – zostaje wymazana. Jednak negowanie niemal żelaznej solidności nagranego tu materiału byłoby zwyczajną złą wolą. Lubienie nowej płyty Much nie jest fajne, nowa płyta Much jest.

Łukasz Konatowicz    
12 marca 2010
BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising