RECENZJE

Mu
Afro Finger And Gel

2003, Tigersushi 7.0

Na początku lat dziewięćdziesiątych nasz ówczesny prezydent z Matką Boską w klapie obiecywał nam, że zrobi z naszego kraju drugą Japonię. (Niektórzy woleli te sto milionów do ręki i w związku z falą pozwów Sąd Najwyższy musiał przyjąć niewiążącą interpretację przyrzeczenia publicznego.) Cud (gospodarczy) nad Wisłą z pewnością by się przydał, przyjęłaby się tania elektronika, może nawet jedzenie pałeczkami, ale Panie Prezydencie, czy Pan sobie zdaje sprawę, co te "Chińcyki" z kraju Kwitnącej Wiśni wyrabiają? Japonia to nie tylko bajeranckie zegarki, elektroniczne kalkulatorki, mangowe kreskówki i pstrykanie zdjęć cyfrowym aparatem. Śmiem twierdzić, że przeistoczenie naszego przedmurza chrześcijaństwa w drugą Japonię skończyłoby się niezłym kacem.

Baczny obserwator dostrzeże w chłodnym obliczu Japończyka ukryty rys szaleństwa. Skośnoocy wyznawcy nauk Konfucjusza pracują po dwanaście godzin na dobę, śpią w klaustrofobicznych hotelach-szufladach, w których mieści się jedynie barłóg i telewizor. Odbiornik transmituje hardcore-porno, gdzie nieletnie dziewczynki ubrane w szkolne mundurki leżą związane i... psstryk... sszzz... na drugim kanale samuraje wyciągają zza pazuchy swoje wakizashi i popełniają za ich pomocą rytualne seppuku (zwane też hara-kiri, lub mylnie Hare Kriszna). Być może na trzecim kanale miary szaleństwa dopełniają teledyski Mutsumi Kanamori, zwanej również Mu?

Kuzynem piosenkarki mógłby być mój znajomy Japończyk, Makoto, który przyjechał do Polski, by zrealizować swoje marzenia i grać w niskobudżetowych filmach porno z białymi kobietami. Na ostatniej imprezie, na której go widziałem, wymachując swoim interesem ganiał piszczące japońskie turystki po dachu starej praskiej kamienicy. (Makoto, this review goes out to you! A Tobie Dominiku, radzę na przyszłość robić wstępne testy osobowości swoim nowym współlokatorom.) Między nim a artystką widzę wiele cech wspólnych, japońskie przegięcie pały i obleśny ekstremalizm, który pozostawia przeciętnego Europejczyka zbrukanego i pełnego podziwu. Tylko oni tak potrafią, a i to rzadkość.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Mu wyjechała z Japonii by w orientalnym stylu siać grozę i dewiacje na parkietach tanecznych Europy i Stanów Zjednoczonych. Afro Finger And Gel to projekt, który jest eksperymentem nie tyle czysto muzycznym, co raczej ogólnoartystycznym. Z grubsza można go określić jako eksperymentalne electro, które powinno być zdelegalizowane. Nie jest to zajebioza z rodzaju Two Lone Swordsmen czy świetne electro-popowe granie Adult. Nie jest to nawet Peaches. To muzyka, przy której Xiu Xiu brzmi jak bajki Natalki, a Jamie Stewart to popowiec, którego kawałki puszczamy sobie na święta. Osoby o słabych nerwach ostrzegam, że słuchanie jej po ciemku, w okresach depresji i psychicznego rozchwiania, może się skończyć utratą wiary w Człowieka, Dobro, Piękno i świętego Mikołaja.

Trzy pierwsze kawałki zaczynają się zapętlonymi motywami; każdy kolejny jest bardziej odhumanizowany i agresywny od poprzedniego. Kolejno stykamy się z brutalnym rżnięciem elektro (rżnięcie cen w Media Markt to przy tym pikuś), dudniącą programowaną perkusją rozłupującą mózgoczaszkę oraz wyjątkowo chorym noise'em na kształt młota pneumatycznego. Autor tego teatrzyku dźwiękowego, Francuz Maurice Fulton (prywatnie mąż pięknej Japonki), piętrzy warstwy perkusyjne, rozbudowuje dudnienia, nawala w cowbells, kubły i garnki, zapuszcza syreny przeciwlotnicze i dodaje trochę rytmów salsy (a może merenge?). Nie ustaje przy tym w transformowaniu wokalu Mu: tnie go, digitalizuje, przydaje mu diabolicznego pogłosu, przerażającego echa.

Mniej więcej w środku trzeciego, tytułowego utworu następuje przełamanie: choroba sięga granic zenitu, obłęd przenosi nas na drugą stronę, schodzimy do wnętrza mózgu szaleńca. Jest tam ciepło i przytulnie, niemal pięknie; koszmar zostaje zepchnięty do podświadomości, pojawiają się ambientowe plamy, pejzaże, przywodzące na myśl brytyjską scenę chill-outową z początku lat dziewięćdziesiątych, choćby The Orb. Początek kolejnego utworu, "Hello Bored Biz Man", jest jak żywcem wyjęty z Textstar, równie mistrzowski. Nagle pojawia się siouxowe jodłowanie i małpio-wiedźmińskie śmiechowrzaski Mu, które zmieniają się w opowieść o tryumfie nastoletniej prostytutki nad wykorzystującym ją biznesmenem, prowadzoną na tle dysonansowego, rozstrojonego akompaniamentu pianina (w rytmie salsy). Wtedy zaczynam tańczyć.

Właśnie; jeśli spodziewaliście się słodkiego, mangowego popiskiwania, to Mutsumi szybko wyprowadzi was z błędu; jej popisy wokalne przyjmuję z równym podziwem, co strachem. Niski, zimny, ochrypły głos versus słodkie piski nastolatki, złowieszcze krzyki przerażenia i obrzydzenia, skandowanie po japońsku, indiańskie nawoływania, rockowe zaśpiewy i... narracja prowadzona w "My Name Is Tommi", która zasługuje na oddzielne omówienie. W utworze tym Mu wciela się w trzy postacie naraz, bohaterów telewizyjnego programu z-życia-wziętego. Demoniczny, obcy głos prezenterki (groteskowa wersja postaci Ewy Drzyzgi?) odkrywa przed trzydziestosześcioletnią Vicky, kurą domową zmywającą talerze, zdrady małżeńskie jej partnera, odbywane pod pretekstem zostawania do późna w pracy. Krzyki sfrustrowanej żony, wściekłość tępawego męża i perfidia prezenterki przeplatają się w głosie Mu tworząc amalgamat, od którego jeżą mi się włosy na głowie. Pod koniec nieludzkie echo ("We've got eeeevideenceeeeeeeeee") spaja je w jedno: Mu przeistacza się w mutanta, zdeformowaną kukłę złożoną z trzech osób. Wszystko to dzieje się na tle głębokiego wołania z otchłani i niepokojącego loopu niskiego tonu wiolonczeli. Zdecydowanie nie puszczajcie tego swojej mamie.

Szczęśliwie później jest już bardziej brytyjsko, podziemnie, klubowo, a mniej przerażająco; oparte na brzmieniach klasycznego chicagowskiego house "Chair Girl" i "Why I Left" to potencjalnie najbardziej przyswajalne fragmenty tej płyty, intrygującej, mrocznej i obleśnej, ale na swój sposób cool, albo może ja po prostu jestem dziwny. Mu olewa drobnomieszczańską moralność i zaprasza nas do eksploracji mocno nietypowych stron naszej osobowości, czasami tylko puszczając do nas oko gdzieś z daleka. Jeśli byliście otwarci już wcześniej, poszerzycie swoje emocjonalne horyzonty, przełamiecie kolejne schematy. Tradycjonaliści jednak raczej nie mają tu czego szukać. Ale czas już kończyć tę recenzję; w opuszczonej fabryce za miastem, zaczyna się koncert dla wtajemniczonych, którzy potrafią odróżnić cool od trendy, awangardę od pozerstwa. Jeżeli potraficie oddzielić artystyczną kreację od rzeczywistości, to może nie doznacie katharsis, ale z pewnością będziecie się dobrze bawić. No i kto wie, może nawet wpadnie Makoto?

Tomasz Gwara    
29 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie