RECENZJE

Mt. Si
Limits (EP)

2016, Cascine 6.3

Mount Si to góra należąca do pasma Gór Kaskadowych. Lokalne plemię Indian posiada swoją wersję legendę o Prometeuszu, w której masyw stanowi zwłoki Snoqualma (uosobienia księżyca) – gościa, który wspinał się po linie rozciągniętej pomiędzy niebem a ziemią, bezskutecznie próbując osiągnąć szczyt. Może to dlatego kolektyw Mt. Si zatytułował swoją EP-kę Limits.

Mt. Si to wspólne przedsięwzięcie Michaela Davida z duetu Classixx, Sarah Chernoff, czyli ⅓ popowego Superhumanoids, i Jesse’a Kivela z duetu Kisses, który nie stroni od disco revivalu. Nie ma czegoś takiego jak mniejsza czy większa połowa, ale gdyby można było określić, która z części trzecich tworzących Mt. Si ma największe znaczenie, to najpewniej byłoby to Superhumanoids. No, gdyby tylko odjąć od nich ponurość a la DJ Rashad. Cała trójka po raz pierwszy spotkała się w studiu, tworząc debiutancki album Classixx Hanging Gardens. Krążek wyszedł trzy lata temu i mniej więcej tyle czasu Mt. Si potrzebowali, żeby wydać Limits. To nieśpieszne podejście do skompletowania materiału znalazło odzwierciedlenie w brzmieniu.

Otwierające EP-kę "Oh" przywodzi mi na myśl "Wasted Daylight" Starsów – czyli wchodzimy w sielankowy klimat, jakiego oczekiwalibyśmy od soundtracku do serialu o nastolatkach intensywnie korzystających z życia i tańczących do "Tarantuli" Pendulum. Kiedy już tak z romantycznie przymkniętymi oczami wejdziemy w taneczny klimat, kończy się pierwszy kawałek, przechodzimy do "True" i już wiemy, że dalej się raczej zbyt wiele nie zmieni. Po tym trzyminutowym kawałku dochodzimy też do pewnej granicy. O ile pierwszą połowę EP-ki charakteryzują dość intensywne groovy i całkiem wyeksponowany wokal, to w drugiej dostajemy już coś bardziej subtelnego i zwiewnego. "Either / Or" to ładny, trochę revivalovy synth pop. Na koniec jeszcze "Baby You’re The Best", które pokazuje, że Mt. Si potrafią pisać walentynkowe laurki, ale nie zapominają o tym, że przysłowiową nóżką do tańca potupać też warto. Przykryty synthowym woalem wokal to nie Stevie Nicks tańcząca jak jej Ian Masters zagra, ale i tak jest sennie.

Może Mt. Si nie wnoszą nic szczególnie nowego, ale są trochę jak babciny sweter, w który miło jest się wtulić wieczorem i włączyć shuffle na plejliście z LCD Soundsystem i Junior Boys.

Agata Kania    
3 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja