RECENZJE

Ms. John Soda
No P. Or D.

2002, Morr 5.2

Co za dużo, to niezdrowo. Będąc siódmoklasistą zaznałem rozkoszy posiadania własnego telewizora w pokoju. Oszalałem. Nareszcie mogłem oglądać co chciałem i kiedy chciałem. Co przekładało się głównie na skróty z meczów ligi angielskiej, piłkarskie magazyny na Eurosporcie, oraz nocne relacje olimpijskie z Atlanty. (Grek, to był właśnie czas, kiedy się jeszcze interesowałem sportem.) Z biegiem miesięcy telewizja mi obrzydła. Tamten przesyt odczuwam chyba do dzisiaj. I choć ten sam JVC stoi teraz metr ode mnie, to rzadko go odpalam. Telewizja mnie nudzi. Jeśli ją oglądam, to też z nudów. Przeskakuję wtedy po kanałach jak zgorzkniały cynik. "To co widzę w telewizji, to dno". Coraz więcej rzeczy to dno, moi mili.

Dwa lata temu niemieckie nowoczesne brzmienia rozpoczęły ekspansję i podbój świata. Tridecoder Lali Puny, potem Couch i kilka innych. Tegoroczne Neon Golden The Notwist było swoistym ukoronowaniem tego zjawiska. Oto jednak ci sami z grubsza artyści próbują raz jeszcze zawładnąć waszymi uszami. Ms. John Soda to kolejny projekt na omawianej scenie, w skład którego wchodzą Micha Acher (Notwist) i wokalistka Stefanie Boehm (Couch), a na żywo jeszcze dwóch innych kolesi z bliskich okolic geograficzno-stylistycznych. Efektem wspólnych sesji jest płyta No P. Or D. Gdybym ją usłyszał przed nagraniami wyżej wymienionych nazw, pewnie byłbym zachwycony. Niestety, podobnie jak z telewizją: co za dużo, to niezdrowo. Na dzień dzisiejszy Ms. John Soda zupełnie po mnie spływa.

Bez przesady, nie zakończę tak egoistycznie. Bo nie dość, że No P. Or D. nie wnosi do avant-popu ani krzty świeżości, to jeszcze pod względem czysto muzycznym nie wytrzymuje porównania z takim Scary World Theory. Piosenki są średniakami, aranżacje nie wykraczają poza (zgoda, przez nich samych wytyczony) standard. Setny numer oparty na pastelowych klawiszach, szczebioczących klikach i syntetycznych śpiących basach nie jest czymś, czego potrzebuję. Zimny, beznamiętny śpiew Stefanie Boehm, będący kolejną naiwną namiastką Nico, nie pozostawia po sobie zbyt dużo. Operacje na wokalu (cięcia, przetworniki, pętle) są teraz na porządku dziennym na co drugim technicznym krążku. Dodatkowo w "Elusive" Stefanie bezczelnie naśladuje... no, nie powiem kogo. Po prostu nie powiem.

Wciąż, No P. Or D. jest znośnym tłem dla codziennych zajęć – śniadania, mycia zębów, czy, hm, pisania recenzji. Album posiada swoje momenty. Weźmy "Go Check" z gitarowym crunchem wtopionym w ogólną teksturę. Albo ciekawe refreny "Unsleeping" czy "Elusive". Generalnie tam, gdzie słychać wiosła, jest spoko. Ale, jak mówię, nie znajdziecie tu nawet jednego dźwięku, którego nie zagrali Notwist, czy Lali Puna. W tej sytuacji – a zwłaszcza, jeśli tamte płyty wciąż na was czekają – nie ma sensu, byście wydawali kasę na Ms. John Soda. Chyba, że po latach regularnego gapienia się w telewizor nie mierzi was popołudniowy teleturniej dla całej rodziny. Tego nie przewidziałem.

Borys Dejnarowicz    
23 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy