RECENZJE

Mr. Lif
I Phantom

2002, Def Jux 6.1

Na co dzień nie interesuję się polityką. Jasne, mądrale zaraz powiedzą, że "polityka interesuje się tobą", "nie można żyć w próżni", oraz "bardzo łatwo zrzucać tak z siebie obywatelską odpowiedzialność, smarkaczu". Ale nie, serio, te sprawy obrzydły mi na zawsze chyba. W ciągu swojej dwunastoletniej przygody z tematem (pierwszym świadomym jej ogniwem były wybory prezydenckie w 1990 roku) zdołałem nabrać dostatecznego dystansu do wszelkich jego przejawów, by prawdopodobnie już nigdy nie pojawić się przed urną ze złożoną karteczką. "Głosujesz?", pyta się mnie ostatnio koleżanka. "Nie". "Ależ dlaczego? Toż to sama przyjemność". Cóż, nie dla mnie. Wybierać między złodziejami a złodziejami – nie mam do tego głowy. Ci kradną elegancko, tamci się nie opieprzają. Też mi różnica. Także: w lokalach wyborczych się raczej nie spotkamy. Komiczne postaci naszej sceny traktuję w kategoriach dobrego kabaretu. Weźmy ostatnie wyniesienie posła Janowskiego z sali obrad Sejmu (poeta Zagroba coś o tym wie). Śmieszne, śmieszne.

Co innego, gdy mówimy o jakichś doniosłych wydarzeniach na świecie, zdolnych wpłynąć na los nas wszystkich. Nie należę do tych, którzy ze zdziwieniem mówią: "Benladen? Jaki Benladen?". Albo jakaś akcja Czeczenów w moskiewskim teatrze. To są rzeczy o skali "welthistorische", jak powiedziałby Hegel. Wczoraj równie istotna sprawa wyniknęła w Stanach. Republikanie wygrali wybory do Kongresu. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat mają jednocześnie przewagę w izbie i prezydenta. Z jednej strony oznacza to ich absolutne zwycięstwo. Z drugiej (nieoceniony Tomasz Lis: "skąd ci biedni ludzie mają to kurwa zrozumieć!"), Bushowi ciężko będzie wygrać drugą kadencję, bo ma odcięty manewr pod tytułem "zrzucanie winy na kongres", który stosował kiedyś Clinton. Po wtóre, nie ma przeciwwagi dla republikanów. Nikt już teraz nie będzie w stanie zatrzymać Busha w kwestii wojny z Irakiem, czy z kimkolwiek zresztą. A w ogóle te wybory stały pod znakiem demonstracji poparcia dla globalnych zamiarów George'a W. Czyli większość Amerykanów stoi za nim.

Mr. Lif najwyraźniej się do większości nie zalicza, bo od początku deklaruje niechęć względem Busha i całej jego administracji. A jego pierwszy studyjny longplay (dotychczas Lif raczył nas jedynie EP-kami, singlami i – uwaga! – płytą koncertową Live At The Middle East sprzed roku), pod tytułem I Phantom, poświęcony jest również bieżącym problemom politycznym. Taka orientacja liryczna została parę miesięcy wcześniej zapowiedziana na czwórce Emergency Rations. Teraz Lif wplata bombową krytykę systemu w misternie ułożoną, czteroczęściową historię o samym sobie. Pierwsza odsłona dotyczy snu (o śmierci i zmartwychwstaniu), druga przebudzenia (w domyśle: świadomości), trzecia sukcesu (który jednak okazuje się duchową porażką) i czwarta fantastycznie przedstawionej apokalipsy. Całkiem ambitne i osobiste zamierzenia, he?

Muzycznie, jest to z pewnością rzecz bardzo solidna i, momentami, bardzo świeża. Podkłady nie kombinują, oparte na jednostajnych, lecz bardzo wciągających beatach. "The Now" posiada żywy sample z okrzyku "yeah", podobnie, jak "Friends And Neighbours", gdzie próbka pojawia się na zakończenie frazy co drugi wers. "Return Of The B-Boy" trwa aż siedem i pół minuty i nie nudzi. Gościnnie rapują między innymi El-P i Aesop Rock. Tryska ten krążek energią, niewątpliwie. Zarzuty? Podkreśleniu politycznego zaangażowania miało służyć użycie komputerowego głosu, który kiedyś na pewnej płycie mówił: "Fitter, happier, and more productive". Wiem, Lif twierdzi, że go Radiohead inspirują, ale zastosowanie tego głosiku ("yo, yo, once again rapping for Lif") jako przerywnika między kolejnymi kawałkami to dla mnie lekkie nadużycie. No i chwilami monotonia. Podobno koncerty Lif daje wspaniałe. Może powinien nagrywać na żywo? Ogólnie fajne.

Borys Dejnarowicz    
7 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie