RECENZJE

Mr. Fingers
Cerebral Hemispheres

2018, Alleviated Music 7.5

Mogłem napisać o tym w kwietniu, ale najwyraźniej los chciał inaczej i dopiero w końcówce roku, rzutem na taśmę, udaje się zrealizować wiszące nade mną zamiary. Jasne, mógłbym sobie odpuścić, bo dla spokojnego sumienia można przecież wspomnieć o ostatniej płycie Larry'ego Hearda przy okazji jakiejś rekapitulacji albo w naszej rubryce Equalizer. Ale to wydałoby mi się nieuczciwe, bo właściwie przez cały 2018 rok Cerebral Hemispheres było gdzieś blisko mnie: czy to podczas wieczornego chilloutu w późne wakacyjne dni, czy podczas zwykłych rutynowych, codziennych czynności schowane w tle, czy podczas zapadania w głęboki jesienno-zimowy sen. Po prostu bardzo przywiązałem się do tego wyraźnie podzielonego na dwie części kolosa trwającego tyle, ile pełnometrażowy film (czyli prawie 5 razy dłużej od długości Ye albo Some Rap Songs). Ale skoro za cały zestaw odpowiada Mr. Fingers to raczej nie muszę pytać o nic więcej.

Może wyjaśnię: dla mnie osobiście MARKA Hearda (gościa, który niemal literalnie WYNALAZŁ house) jest właściwie niepodważalna, a jego pastelowy, intymny i niesamowicie sensualny house podlany soulowym balsamem to jedna z moich definicji wspaniałej muzyki (naturalnie chodzi mi tu o wciąż niezbyt docenione arcydziełko Introduction). Oczywiście, to tylko jedna z wielu twarzy artysty, bo sięgnijmy tylko po kompilację Ammnesia i skosztujmy rasowego wysokooktanowego house'u w najczystszej postaci (opener jest takim klasykiem, że aż nie wypada tu o nim wspominać), lub zaznajmy relaksu na pełnej dzięki dwóm częściom Sceneries Not Songs. Niemniej znajdzie się sporo odbiorców, którzy patrzą na Hearda raczej krzywym okiem i zupełnie nie rozumieją fascynacji jego marzycielsko-wyrafinowanym smooth-house'em. Bardzo często jego numery są skazywane na kawiarnianą banicję, zostaje im przyznany honorowy tytuł taniej muzyki konfekcyjnej czy po prostu niezbyt pochlebny statut soundtracku do wind. Ja to wszystko mogę zrozumieć jeśli weźmie się pod uwagę kilka czynników, które rządzą naszym gustem i muzycznymi preferencjami, natomiast gdy słucham zaaranżowanych z pietyzmem, błogich tanecznych impresji wyjętych spod palców Hearda, to zupełnie nie potrafię SKUMAĆ tych wszystkich, którzy nie są w stanie pokochać dźwięków generowanych przez Larry'ego.

Tak jak wcześniej zaznaczyłem, Cerebral Hemispheres został niejako podzielony na dwie stylistyczne połowy: w pierwszej dominuje kojąca melancholia, downtempo, czułe ciepło eterycznych wokali na delikatnych pętlach bitu; w drugiej zaś prym wiedzie niebywale chłodny, beznamiętny, wręcz pozbawiony ludzkiego tchnienia robotyczny micro-house. Wydaje mi się, że jest to najbardziej "mroźny" (chwilami wręcz "emocjonalnie zdystansowany"), pozbawiony imprezowo-klubowego pierwiastka materiał Hearda w karierze, bo nawet jeśli pojawia się ciepło i światło, to dostaje się do nas przez zaciemnioną szybę, przez którą z trudem przedostają się promienie słońca. Niemniej obie strony fascynują mnie z innych powodów oraz na różnych poziomach i poniekąd uzupełniają się tworząc doskonale zharmonizowaną narrację zamkniętą w dwóch wielkich rozdziałach. Pierwszy zaczyna się od nocnego "Full Moon" i już wiemy, jak to mniej więcej będzie brzmiało: niespiesznie, w pewnego rodzaju zadumie, z kompletnym zlekceważeniem norm i zasad pędzącego świata. Te pieśni i utwory to celebracja umykającej chwili i próba odcięcia się zalanego tanimi sensacjami i tysiącami informacjami świata. Dlatego żeby odkryć piękno i magię tego długiego longplaya potrzebny wam będzie spokój i skupienie.

Więc jeśli opener błądził gdzieś po rejonach bliskich Sade Adu (która w 2018 roku obchodziła jakiś "inspiracyjny renesans"), to pianistyczne melodie "City Streets" przywołują w mojej pamięci melancholię Nightmares On Wax z wczesnych nagrywek. "Urbane Sunset" brzmi jakby Gotan Project coverował track Stereolab z 90s, a potem całość została zremiksowana przez DJ Sprinkles. "Sands Of Aruba" przynosi trochę ciepłego piasku i smooth-jazzowej nostalgii, tymczasem "Tiger Lounge" brzmi jak zwolniony french-touchowy szlagier z niedomykającą się nigdy frazą. Albo po prostu jak kompozycja jakiegoś minimalisty – i tu znowu możemy spojrzeć w stronę Terre Thaemlitz. Gdy wreszcie pojawia się "Sao Paulo" zaczynam się kompletnie dziwić, jak można kogoś takiego jak Larry Heard oskarżać o tworzenie muzyki tła, skoro koleś ma tak wyborny zmysł do współbrzmień – posłuchajcie tej skromnej, a równocześnie bogato inkrustowanej instrumentalnej ballady, żeby się o tym przekonać.

Z kolei część druga (która w całości zawiera wydaną w 2016 roku EP-kę) brzmi jak zapis dźwiękowych minimal-techno eksperymentów powstałych w pilnie strzeżonym podziemnym laboratorium gdzieś na totalnym odludziu. Owiany aurą mocno skrytej tajemnicy utwór tytułowy rozpoczyna cały maraton. Kolejny "Electron" tracił sporo bez albumowego kontekstu, ale jego chłodny, acid-techno puls doskonale wpasowuje się w całość na zasadzie kolejnego elementu bądź PUZZLA układanki. "Inner Acid" zdaje się być małym szpiegowskim urządzeniem na baterie, które musi wykonać swoje zadanie – być może powierzone przez bohatera kolejnego indeksu.

Koniec Cerebral Hemispheres to powtórzenie utworów z wydanego dwa lata temu małego wydawnictwa (tu chciałbym tylko zwrócić uwagę, jak niedaleko Midtown 120 Blues leży "Aether"), a już sam closer "Praise To The Vibes" to niespodziewany powrót klimatu z pierwszej połowy albumu i chyba najbardziej przystępny, wręcz popowy numer na całym tym potwornie długim strumieniu dźwięków, gdzie na chwilę da się poczuć na skórze ciepło w powietrzu. Końcowa refleksja jest taka, że może nie jest to największe osiągnięcie w karierze Larry'ego Hearda, że pewnie można by je nieco skrócić i ogólnie trudno znaleźć dla takiej płyty miejsce w krajobrazie współczesnej elektroniki, ale to wszystko blednie w obliczu samych kompozycji. Prawdę mówiąc niewiele tegorocznych płyt pozwoliło mi na tak całkowite zanurzenie się w oceanie dźwięków, jak właśnie Cerebral Hemispheres. I właśnie dlatego będę z przyjemnością wracał do tej chłodnej całości pewnie przez następnych kilka lat.

Tomasz Skowyra    
29 grudnia 2018
BIEŻĄCE
Pikers"Klatkaż"
Piotr KurekPolygome