RECENZJE

Mountain Goats
Tallahassee

2002, 4AD 6.4

Mountain Goats to formacja, która (ledwo) istnieje na rynku już od dobrej dekady. John Darnielle, jednoosobowy kręgosłup grupy, swoim bezkompromisowym podejściem zdołał zasłużyć sobie na ogromny szacunek wszystkich, którzy kiedykolwiek słyszeli o, lub mieli do czynienia z rzeczonym zespołem, wszystkich ceniących sobie podziemne wartości. Bowiem Darnielle to undergroundowiec z krwi i kości, i to nie w sensie "gramy punk, reggae, ska", lecz w poruszający, artystyczny sposób. Koleś od początku nagrywał albumy na najtańszych boomboxach, a piosenki jego składały się zwykle z dwóch elementów: przepełnionego wrażliwością wokalu i prostego akompaniamentu gitary akustycznej. Niezliczone nagrania wydawane dokładnie w tej formie (no dobra, w grę wchodziły jeszcze winyle) zyskały status niemal kultowych, czy jak kto woli niemal klasycznych, tudzież emotronicznych. Trzy płyty zostały w zeszłym roku wznowione w wersji kompaktowej, poprzedzając kilkunaste już wydawnictwo sygnowane nazwą Mountain Goats.

Jest coś wzruszającego w działaniach i twórczości Darnielle'a. Postawa wyalienowanego samotnika, przelewającego na trzeszczącą kasetę refleksje na temat smutnego losu i swojego życia uczuciowego, rozpadającego się związku, miłosnego spełnienia. Ten człowiek to prawie archetyp takiego podejścia. Niezależny, tworzący jedynie z potrzeby ducha, nie przejmujący się wszystkim co zdaje się być tylko otoczką. Pamiętacie Conora Obersta z Bright Eyes? Oberst nie czyta recenzji własnych płyt, Darnielle to dokładnie ta sama parafia. Po co tracić czas na takie pierdoły, kiedy każdą chwilę można poświęcić na coś naprawdę ważnego. Tutaj nie ma miejsca na żarty, formy pokazania, kabarety, z przymrużeniem oka, mieszanie, imprezowanie, balowanie. Życie to bardzo poważna sprawa, podobnie jak sztuka.

Tak na serio, nie znam lidera Mountain Goats i nie wiem, czy to co napisałem powyżej jest w stu procentach prawdą. Niewątpliwie taki klimat przebija z muzyki, tekstów i głosu Johna Darnielle'a. Nastrój solenny i uroczysty w najbardziej nie-patetycznym tych słów znaczeniu. Wydaje mi się, że obcujemy z dość niezwykłą postacią, a jako przykład posłużyć może chociażby sekcja podziękowań: "Thank you for your goodness: (...) anybody who ever made a record that got desrcibed as 'ambient dub', anywhere, ever; anyone who reviewed said album(s) favorably so long as they didn't get all flowery about it; independent record stores who stock said ambient dub albums and keep the dust from gathering on their anti-theft packaging; clerks at chain stores who attempt to order such records, only to be rebuffed by the senior buyer when caught, and lectured rather sternly and rudely besides; and the dashing Swedish tenor Jussi Bjorling. The Mountain Goats do not themselves play ambient dub, or if they do, do so with such total lack of attention to the most basic elements of the genre that their efforts can only be described as falling so wide of the mark as to have missed it entirely. Jussi Bjorling, should he rise from the grave, will in fact put his tenor to entirely novel use by assisting us in homing the focus of our efforts in the ambient dub field. We look forward to this project with almost painfully sharp hunger and hope that you share our admittedly puzzling enthusiasm for it". Nie mam pytań.

Tallahassee jest pewnie jedną z najbardziej komercyjnych z dotychczasowych produkcji Mountain Goats. Jedną z niewielu, gdzie Darnielle ośmiela się kreować nieco więcej niż ascetyczne tło. Nie wymagajmy od razu perkusji (pojawia się bardzo rzadko), ale faktem jest, że akustykowi artysty często towarzyszą basik, czasami pianino oraz przeróżne cymesiki tamburyno-podobne. W "Southwood Plantation Road" słyszymy delikatny przester, całkiem nieźle. Mimo wszystko, jeśli to ma być zespołowe granie to, to... sorry. Tak Pele, dokładnie. Zapominasz jednak z kim mamy do czynienia: dlaczego songwriter od początku stawiający zdecydowanie na solo ma naginać się do drużynowych wymogów? Żeby nagrać lepszą płytę? "That is not the main issue", powiedziałby pewnie sam zainteresowany. Właśnie na osamotnieniu, niezależności, niedbałości o warstwę aranżacyjną polega urok Tallahassee. Mimo, że tak mało Darnielle'a do pieczenia chleba, drzemie w tym albumie nawet odrobina piękna. A to już bardzo dużo.

Wszystkie elementy opisu muzycznego składałyby się całkiem ładnie w klasycznie pojmowane bardostwo. Niesłusznie, bo Mountain Goatsom do kolesi gulgoczących coś pod nosem na tle folkowego akompaniamentu równie daleko, co dajmy na to wspomnianemu już wcześniej Conorowi Oberstowi. Jeśli upierać się na bardostwo, jest to bardostwo na miarę nieco współcześniejszej epoki, w której Johnny Cash powoli zaczyna potrzebować laski do podpórki. Żałuję, że kompozycje nie są na tyle dobre, by zasłużyć na wyższą notę. Jedno jest pewne: Darnielle i tak w dupie ma naszą ocenę.

Michał Zagroba    
26 lutego 2003
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships