RECENZJE

Mount Kimbie
Crooks & Lovers

2010, Hotflush 6.6

FK: Nadmiernie rozgorzałą ekscytację spowodowaną kawałkiem "Field" pełnoprawny album stłumił do rozmiarów umiarkowanego uśmiechu nad nie wiadomo czym dokładnie. Z poprzednimi dwiema EP-kami Mount Kimbie do czynienia nie miałem, z remiksem dla Xx jak wyżej – opierając się na tych trzech minutach i postaci przejścia, więc niemal z czystym umysłem, zasiadłem do lektury by przeżyć rozczarowanie w postaci szóstkowej z kawałkiem płyty. Marker i Kampos prezentują mnogość odniesień, dla których mniej lub bardziej słyszalną klamrą jest (no zgadnijcie) dubstep. Bo niby otwieracz to jest akustyczna gitara z plamkami i niezdefiniowanym wokalem, ale zaraz potem "Would Know", operujące bardzo blisko Buriala. Potem słodziuchne Four Tetowe "Before I Move Off" i, dla odmiany, londyńskie mroczne "Blind Night Errand". I w koło Macieju, tyle że konotacje się zmieniają. Mount Kimbie oszukują nieco słuchacza udawaną świeżością, jednak w rzeczywistości to wszystko było wiele razy, tylko nie tak ściśle przylegało. Odmówić nie można natomiast, że się nasłuchali i że są radośni. I to nie tak debilnie reggae-radośni, ale tak jak trzeba.

KFB: Okolice dubstepu obrodziły nam w tym roku kilkoma świetnymi płytami i nie mam wątpliwości, że przed Wigilią Crooks & Lovers będzie wymieniane jednym tchem z ostatnimi płytami Ikoniki, Blake'a czy Scuby. Celowo piszę o okolicach dubstepu, bo dziś chyba mało kto wie, co tak naprawdę jest dubstepem a co już nie do końca. Rozwój twórczy Dominika Makera i Kaia Camposa śledzimy od ubiegłego roku i cóż, w przypadku ich debiutanckiego longplaya ciężko mówić o jakimś zaskoczeniu. Muzykę, którą tworzą jako Mount Kimbie, wyróżnia od reszty ich wyraźna fascynacja ambientem, która miejscami dodaje całości zaskakującej głębi. Innym ciekawym aspektem jest to, że oni w ogóle nie boją się ryzykownych eksperymentów i do tego bulgocącego kotła z pomysłami dorzucają sporo niecodziennych na pozór rozwiązań. Stąd też pojawia się gitara, pojawia się trochę mało dubstepowej słodyczy a my w ten sposób otrzymujemy album, który wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Co nie zmienia faktu, że to bardzo mocna płyta, nawet jeśli sam do końca nie wiem jak najlepiej ubrać w słowa tę eksperymentalną elektronikę.

MHJ: Z radiowęzła nadaje kobiecy głos, co rusz informujący z jakim labelem mam do czynienia. Po kilku utworach wyczekuję tylko symptomatycznego: "Hotflush Recordings" i się nie mylę, marka Scuby graweruje mi mózg – już nigdy nie będę mogła wrócić tam skąd przyszłam. "A grzyby? W tym roku obrodziły wyjątkowo obficie" – debiut Mount Kimbich podpada pod falowe "już" zjawisko przydupstepowych reedycji. Na "Crooks and Lovers" są ładne melodie w otoczeniu samplowych gitar, zacinającego się wokalu i klaśnięć w cyfrowe dłonie do wyboru. Album pokonywałam sążnistymi kroki, nie stroniąc od repetycji ("Ruby", "Would Know", rzeczone "Field"), nawet mniej obiecujące momenty (takie chlupoczące "Ode To Bear", "organowe" "Carbonated") póki co, szczęśliwie nie wykorzystują mojej cierpliwości. A klasyfikacje są tu zbędne: prawie-post-rockowe (!) "Between Time" niech będzie przestrogą dla każdego cwaniaka.

ŁK: I to ciągle jest dubstep? I gdzie ten DUB w tym stepie? Jak Guido jest to raczej relaksacyjny idm z drobinkami słodkich melodii. Bardziej eklektyczny (są wręcz indie momenty z gitarą i minimalowy kawałek pod tytułem... "Field"), ale mniej spójny, debiutancki LP Mount Kimbie jest nieprzerwanie przyjemny, ale sprawia wrażenie luźnego zestawu szkiców.

Magda Janicka     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
19 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja