RECENZJE

Mount Kimbie
Cold Spring Fault Less Youth

2013, Warp 6.4

Crooks & Lovers był przyjemnym albumem z doczepioną oryginalną metką. Wiążący elementy dubstepu, ambientu, r&b, które składały się na stroniący od nadmiernego rozpasania materiał, debiut Mount Kimbie (i zapewne EPki) kwitował z blake’owym self-titled zaistnienie nowego fenomenu, tyle różniąc się w wizjonerstwie, ile znalazło się go na follow-upach. Jeździł też James na wymianę do Makera i Camposa (remiks “Maybes”, kolaboracje), żeby dziennikarze mogli powiedzieć, że scena post-dubstepowa się rozwija. Względnie krótka i do ostatnich poczynań znana nam kariera londyńskiego duetu dobrą prasę miała od początku.

Przy Cold Spring Fault Less Youth głosy na temat pionierstwa są zauważalnie mniej obecne – kawałek tortu zdążył już zgarnąć Blake – ale jest też jakby mniej powodów do takiego systematyzowania, bo goście “są już gdzie indziej i mają inne inspiracje”. Rozpiętość stylistyczna, dzieląca zawartość albumu między to, czym brytyjski garaż nurtował od czasów Buriala, tylko utrudniłaby klasyfikację, o ile w przypadku nieszczęsnego sub-genre można mówić o klasyfikowaniu, a całość można odnosić zarówno do Kode9, czy Joy Orbisona, jak do Shlohmo. Od innej strony, gitara (piszą, że z komputera) w “So Many Times, So Many Ways” i końcu “Break Well” działa jak u Violens, z kolei ciążenia klubowe i rozszerzone wokale miejscami przywołują SBTRKT, chociaż materiał nie stoi featuringami równie mocno co SBTRKT (na horyzoncie majaczy debiut Disclosure).

Podoba mi się ten udział nagrywek w albumie – taka melodia na zegarowym taktowaniu w “Home Recording” zostaje w pamięci na dłużej, King Krule natomiast potrafi uzupełnić “You Took Your Time”, tropiącą ascetyczne kombinacje Blake’a kompozycję, która po połowie zaczyna nawet przypominać “363N63” rudzielca. Najlepszym zaś przykładem wspomnianej rozpiętości, obok “SMT,SMW”, jest “Made To Stray”, intrygujący, rozedrgany hopscotch z zadatkami na hit, wyłamujący się po nieustannie marszowym “Blood And Form”, które potrafi znów hipnotyzować cierpką wokalizą. Zawartość pozostała to wypady pod FlyLo w “Lie Near”, fortepianowe drobiny i inne zgrabne struktury, które rekompensują ogólne wrażenie obcowania z rzeczami generalnie mało zajmującymi na dłuższym dystansie, czego dobitnym przykładem zamykający “Fall Out”. Przywierają do dna szóstkowego kotła dość ciekawie skontrastowany “Slow” i ponuro house’owy “Sullen Ground”, Archy Marshall przy drugim podejściu nie przekonuje niestety zupełnie. Przejaw żywotności poprzednika, nie wspominając o korzennym “Sketch On Glass”, to cecha, której materiał celowo nie dostarcza. Mam wrażenie, że płyta nie sili się na udowadnianie pozycji, jaką duetowi przypisano, a Dominic i Kai z otwartymi rękoma przyjęliby raczej argumenty o artystycznej dojrzałości. Towarzyszy temu ukierunkowanie na występy z instrumentami (koncertować to może orkiestra, przyp. Z. Wodecki) i wynikająca z wypracowanego brzmienia spoistość, która sprowadza indeks do wspólnego mianownika. Tak na trzy, cztery odsłuchy i numer pięć głębiej w playliście.

Krzysztof Pytel    
19 czerwca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja