RECENZJE

Mount Eerie
Clear Moon

2012, P.W. Elverum & Sun 6.9

Pamiętasz jak miałeś 12 lat i czytałeś nocami Władcę Pierścieni, który był dla ciebie mitem, znanym dużo lepiej od tych greckich? Jak, kiedy przestawałeś, w snach lądowałeś w podobnym świecie mitu, który całkowicie oddzielał cię od znanej rzeczywistości i było to tak wielkim przeżyciem, że nie bardzo mogła się z nim równać nawet piłka nożna, czy czemu tam wtedy poświęcałeś najwięcej czasu? Pamiętasz jak miałeś 16 lat i po raz pierwszy sięgnąłeś po Sklepy cynamonowe? Co cię w nich zwabiło? Może to niecodzienne brzmienie tytułu, a może jakieś szczątkowe, ale dowyobrażane informacje, które na ich temat zasłyszałeś? Wystarczy, że pamiętasz jak zacząłeś lekturę pierwszego dnia ferii zimowych, a przy opowiadaniu "Sierpień" zalałeś się potem zupełnie jak gdyby na zewnątrz trwało prawdziwe lato. Maleńka objętościowo książka ukradła ci trzy dni, a po jej odłożeniu stopniowo zacząłeś zauważać kolejną zmianę w patrzeniu. Ile miałeś lat, kiedy zetknąłeś się z Microphones? Też 16? Może 17, 18? Od którego albumu zacząłeś? Na pewno doskonale pamiętasz klip do "The Glow, Pt. 2" i tę myśl, że być może mitu wcale nie trzeba śnić, pisać, czy nawet widzieć.

Phil Elverum to człowiek, o którym powiedziano tutaj zbyt wiele, za dużo padło nudnych i po prostu nieprawdziwych słów – pisane było, że jest geniuszem, że całkowicie zmienił myślenie o muzyce i pewnie jeszcze inaczej, a podobnie wagowo; nie od dziś wiadomo, że to właśnie fani muzyki popularnej mają skłonność do tego typu idolatrii. Elverum odwiedzał Polskę i podczas tej pierwszej, pamiętnej trasy byłem jedną z osób, dla których naprawdę znaczyło to wiele. Przy okazji Clear Moon zatem naprawdę wypadałoby uniknąć truizmów, że to już nie to samo, że mamy 2012 rok i spora część z ówczesnych fanów Phila myśli trochę inaczej, widzi go i jego muzykę trochę inaczej, a znów inni pewnie wciąż starają się słuchać każdej z multum EP-ek, które wypuszcza, bo nadal jest on dla nich pół-bogiem. 

Najnowszy album artysty jest różnorodny aż do granic niespójności. Tak właśnie mogę najprościej wyrazić mój główny zarzut. Nie jest tak, że – jak przy okazji It Was Hot, We Stayed In The Water czy The Glow, Pt. 2 – niespójną i monotonną zarazem całość skleja głos, charyzma, wrażliwość czy coś tam Phila. Jest on artystą dojrzalszym, wydaje mi się to normalne. Nie jest jak przy okazji Don’t Wake Me Up, że Phil jest młodym muzykiem, z którym z przyjemnością bawimy się w tropienie świetnych przebłysków w lo-fi. Jest płyta, od której najwidoczniej nie do końca świadomie, ale oczekiwałem narracji, zaś ta jest zaburzona. "Through The Trees, Pt. 2" jest dla przykładu bardzo dobrym otwieraczem, którego styl określiłbym, nie wiem czy komunikatywnie, jako "Elverum potoczny". Delikatna repetycja, delikatny, ciepły głos, spowolnienie i powrót, a także znana melodyka, którą Phil chyba rzeczywiście sam wynalazł. Zaraz po nim "The Place Lives", który uchyla wrota zgodnie z niedawnym black-metalowym doświadczeniem muzyka (chodzi o klimat, nie ciężar), ale tylko po to, aby "The Place I Live" zaakceptował jednoznacznie, że wrota zostały uchylone, nie otwarte. I był pięknie smutny, z płaczem rozjeżdżającej się gitary w tle. Później przerywnik. 

Magiczny jest "Lone Bell" – wspinający się po strunach bas i leśna orkiestra bardzo szczelnie zapełniająca moc przestrzeni. "House Shape" przypomina, że Mount Eerie to indie i że prawdopodobnie wszystko zaczęło się właśnie od nisko strojonego basu i domowego transu, na którym wzrastały melodie. Ujmuje "Yawning Sky". Nie na swoim miejscu wydaje mi się za to tytułowy "Clear Moon", który wciąga, i którego obrzędowy zamysł sądzę, że rozumiem, nie do końca rozumiem jednak jego tutaj obecność. Elverum, który dawniej, a także w wielu miejscach tego albumu potwierdza, że nie chodzi o to, żeby nagrywać muzykę do mszy, ale – jeśli już – aby z muzyki niepostrzeżenie robiła się msza, tutaj przeciąża szalę na przeciwną stronę. Nie mam nawet zamiaru twierdzić, że coś jest z "Clear Moon" nie tak, ale na tle reszty płyty razi mnie przesadą. "Over Dark Water" to black, reszta to przerywniki. Coś nie sztymuje.

Nie mogę polubić Clear Moon jako albumu, nawet niedoskonałego, tak jak chciałbym, pomimo, że część utworów mógłbym i że wsiąkam wsłuchując się. Muzyka Phila Elveruma już zawsze będzie mi sprawiała przyjemność i zawsze będę ją lubił. Przypomina mi pewien świat, ale póki co już mnie do niego z miejsca nie przenosi – i nie jest to elegia o nieuchronności przemijania, a recenzja muzyczna: Mount Eerie jest w innym miejscu niż Microphones w momencie wydawania najważniejszych albumów, Clear Moon jest moim zdaniem płytą gorszą. A jednak nadal warto Phila odwiedzać, bo dlaczego nie miałby nadal nagrywać świetnych utworów, czy nawet płyt – takich jak ta i lepszych niż ta. Wciąż człowieka uwielbiam. Ale legenda szuka ciągu dalszego gdzieś indziej.

Radek Pulkowski    
9 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie