RECENZJE

Moses Sumney
Aromanticism

2017, Jagjaguwar 7.0

I ran through the night
With a knife in my chest, with the lust of your loveless life

Trudne słowa to nie te, których nie rozumiesz – to te, które nie chcą przejść przez gardło. Ale pamiętacie może, jak dziesięć lat temu przekonywało się, że to niestotne, że wygląda nierozsądnie? Obecnie trzeba tłumaczyć, że to niestotne, co się właśnie odjebało. Nie słuchaj, dzieweczko! (ona nie słucha). To miała być tylko krótka piłka, a nie recenzja: parę zdań o inspiracjach, zeszłorocznej EP-ce i koncepcie, czarno-białe zdjęcie Mosesa (szczerze zazdroszczę fotogeniczności!) na fanpejdżu, kciuk w górę. Innymi słowy jak zwykle: zapisane, zapłakane, zapomniane. Jednak po serii znakomitych tweetów, występach na żywo, zasłużonych pochwałach od Miguela i JoJo – nie mogłem odmówić sobie przyjemności skreślenia paru słów więcej (i usunięcia).

Ale nie można skreślać tytułu debiutanckiego krażka młodego artysty, ponieważ od razu ogniskuje problematykę albumu, czyli samotność oraz odrzucenie (klasycznego rozumienia miłości romantycznej) i wynikających z nich komplikacji (ambiwalencji, odrzucenia i niezrozumienia?). Polecam przy okazji wywiady z Sumneyem, ponieważ interesująco rozwija tę tematykę ("I think that romance is very obviously a political tool, and a capitalist device"). Co być może najciekawsze: znalezienie odpowiedniej oprawy dla tego wsobnego manifestu przebiega nie-bezproblemowo. nie mamy do czynienia z dającymi się łatwo rozgraniczyć konceptem i muzyką, ale dźwiękami, które samą formą wynoszą problem na wyższy poziom refleksji; problematyzują, a także utrudniaja przyporządkowanie. Dlatego duchowego przodka Mosesa upatrywałbym (karkołomnie, wiem) w osobie Luke'a Sutherlanda. Ten czarnoskóry lider niesłusznie zapomnianego Long Fin Killie w swoich tekstach poruszał temat tożsamości, odmienności czy polemizował z heteronormatywnością ("She said-I'm looking for a sensitive intelligent man / But all those guys have boyfriends"), co znakomicie korespondowało z niejednoznaczną mieszanką dubu, post-rocka, post-punku czy shoegaze'u – niemożnością odnalezienia się/wyrażenia siebie w jednym konkretnym gatunku.

Pretensjonalność pretensjonalnością, miłość niemiłością, ale Aromanticism to całkiem oryginalna płyta, na której perwersja art-popu (z jego wyrafinowaniem i wyrachowaniem) doskonale współgra z zaangażowanym hedonizmem neo-soulu (z jego nadekspresją i kastracyjnym falsetem) i folkową skromnością (z jej szczerością i emocjonalnym ekshibicjonizmem). Rozbuchane pod względem aranżacyjnym wydawnictwo nigdy nie wstydzi się swojej kruchości – głos Mosesa łamie się w nieoczekiwanych momentach, na tle harfy i smyczków, fletu, tak jak nie łamie się jego serce. Sprawdźcie chociażby "Plastic", które najlepiej pokazuje, z jak doskonałym wokalistą mamy do czynienia. Ciekawią zabiegi edycyjnie w prinsowskim "Make Out In My Car", urzekają harmoniczne zawijasy i ładniutkie arpeggia w "Self-Help Tape", a skokowe spiętrzenia skali (to nie ma sensu!) w "Don't Bother Calling" (2:45-3:00, przy słowach "I don’t know what we are / But all I know is I can’t go away with you with half a heart") to zdecydowanie jeden z moich ulubionych muzycznych momentów w tym roku. Nie można również zapomnieć o recytacjach ("Stoicism", "Cocoon-eyed Baby"), tych ulotnych i potrzebnych chwilach bezdechu. Ukoronowaniem tych muzycznych eksploracji bez wątpienia jest sześciominutowe "Quarrel" ("Radiohead, D'Angelo, Prince, Bjork", jak słusznie podpowiada redaktor Bugdol). Nawet stosunkowo najpospolitsze "Indulge Me" potrafi przykuć uwagę, przywołując skojrzenia ze skromniejszym utworami Sufjana Stevensa. Pewnie, komuś może przeszkadzać nadekspresja, ale "can i tell you a s-e-e-e-e-e-cret?". Czasami w chuj nuży mnie ironia i wtedy potrzebuję egzaltacji, by dumnie powtarzać, że prawdziwa wrażliwość zawsze będzie nazywana przewrażliwieniem, prawdziwa wrażliwość zawsze będzie...

Nieprzypadkowo w "I'm Not In Love" 10cc pojawia się fragment, w którym sekretarka angielskiego zespołu, Kathy Redfern, powtarza parę razy: "big boys don't cry" – dla mnie właśnie w tym miejscu rozpływa się iluzja piosenki o "niemiłości" i utwór przekształca się w klasyczny miłosny lament, który nie skrywa się za zasłoną cudzysłowu. Ponad czterdzieści lat później po drugiej stronie oceanu duży chłopiec zapłakał, powtórzył parę razy, że jego skrzydła są z plastiku, wyrzekł się miłości i nagrał najczulszy manifest niemiłości, wypełniony pustką bezduszny soul, zarówno skromny w swoim bogactwie, jak i naiwny w swojej mądrości. Nie miał serca i nie patrzał w nie, gdy pokłady czułości zostały zalane albo same zalały ten statek pozbawionej uczucia płyty. Tylko pamiętajcie, że potrzebny nam erotyzm z kontakcie z muzyką, a nie hermeneutyka.

Paweł Wycisło    
7 grudnia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2017: Polska muzyka
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #5