RECENZJE

Morrissey
You Are The Quarry

2004, Attack 7.3

"Dobra, idę, bo jutro wstaję o jakiejś w pół do ósmej. A jeszcze muszę ocenić album. (Ja mu dam w takim nastroju. Pożałują, że go nagrali.)". Tak oto sfrustrowany zakończyłem wczoraj nadawanie w rzeczywistość komunikatów słownych. Dopiero po chwili przypomniało mi się, z czyim to krążkiem przyjdzie mi się zmierzyć. O nie, to nie ja mam tu prawo być złym, to nie ja będę teraz przeklinał na czym świat stoi. Moja rola ogranicza się do pokornego wysłuchania. Ależ dobry wieczór, dobry wieczór, panie Morrissey.

Nie wiem czy zauważyliście, ale autor You Are The Quarry już dawno przestał być tekściarzem, jakimkolwiek, powalającym czy też, heh, charyzmatycznym. Co najmniej od The Queen Is Dead są inni i jest Morrissey. Jakieś Travisy Morrisony, Thomy Yorke'i, Sufjany Stevensy, tak, oni coś tam se tworzyli, tworzą. Jednakże to były frontman The Smiths nie przestaje uporczywie rzucać absolutami na lewo i prawo. Linijkami, których wypadałoby w zasadzie nie słuchać. A przynajmniej nie w całości: tym najmocniejszym proponowałbym pół wyrazu na dobę. Dlaczego Monty Pythoni nie nakręcili skeczu o "tekstach, które zabijają", tylko o "dowcipie, który zabija"? Nie zgadzałaby się chronologia. Poza tym to nie są wcale żarty, co tu się dzieje. Słuchasz i nagle uderza cię, że nigdy nawet przez myśli ci nie przejdzie podobnie celne zdanie. (A propos tychże: omawiana tu osobistość rzuciła na jednym z koncertów, że "jeśli miał już umierać ostatnio jakiś prezydent USA, to w zasadzie powinien być nim Bush, a nie Reagan".) Mówiąc o czarnym, że jest czarne, mamy mniej racji niż Morrissey w przeciętnym swym wywodzie, zajmującym się przecież nie kolorami, a miłością, polityką, życiem. "Why did you give me / So much desire / When there is nowhere I can go to offload this desire? / And why did you give me so much love / In a loveless world / When there is no one I can turn to / To unlock all this love?".

Wkradł mi się w recenzję patos, ale wydaje się on uzasadnionym. Bo widzicie, omawiana tu płyta wykracza poza czynniki, które bierzemy pod uwagę przy ocenianiu. Bardzo wysokie 7.3 to być może zbliżona wartość tego albumu w naszej skali jako muzyki. Ale pojawia się tu aspekt rozpatrywania plonów pracy Morrisseya szerzej, jako, choć grafomańsko to zabrzmi, dzieła sztuki. Wzbraniam się wprawdzie stanowczo przed zestawianiem You Are The Quarry z ostatnią częścią pewnego cyklu o żywiołach; ponadwymiarowość miast przez wiele (po części nam nieznanych) elementów, kreowana jest tu "tylko" przez jeden: liryki. I choć oczywiście nie mamy sztywnego formularza ile można przyznać danej pozycji za treści wyrażane słowami, to nie mógłbym bez końca dodawać kolejnych punktów za coś, co przenosi ów element krążka do innej kategorii, nie będącej już działką Porcys.

Nie śmiałbym też zaniedbać powiedzenia w końcu paru zdań o płycie jako płycie: przecież widać po wspomnianym 7.3 jak piekielnie dużo dobrego zostało nawet po wykrojeniu dużej części wpływu natchnionego pióra Morrisseya. Opłacało się czekać ze stworzeniem followera Maladjusted aż sześć lat: brak pośpiechu (co widać jak na dłoni) sprzyjał starannej selekcji pomysłów. Mówiąc (tym razem) krótko: atrakcyjność już samego songwritingu (w którym tradycyjnie pomagali na przemian gitarzyści Alain Whyte i Boz Boorer) koronuje kilka piosenek mianem wymiataczy. Od szorstkiego zadziorem, singlowego "Irish Blood, English Heart", przez wzruszający (czy ktoś liczy, który raz mu się to udało? nie komentuję) "Let Me Kiss You", na jednym z kilku największych killerów roku, "How Can Anybody Possibly Know How I Feel?", kończąc. Przemycę wam może po cichu parę "zdanek" z tego ostatniego utworu. "He said he wants befriend me / Which means / He can't possible know me". "Even I / As sick as I am / I'd never be you / EVEN I / AS SICK AS I AM / I'D NEVER BE YOU".

Ta. Można się podśmiewywać z opus magnum The Smiths, że jest to najlepszy album w historii zawierający fałsze, i to płynące mniej więcej z prędkością dwóch na minutę. (Ale ale, "Well you should hear me play pi-ano".) Wyrobił się Morrissey w tej kwestii na tyle, że obecnie zaskakuje giętkością i elastycznością głosu, jak choćby w przepysznej końcówce "First Of The Gang To Die" czy też równie znamienitej linijce (melodyjność i wyczucie timbre Morrisseya zaskakują tu często) "Envy makes them cry" z "I Like You", zaśpiewanej nadspodziewanie wysoko i czysto. Jedyne co może drażnić to konserwatyzm w brzmieniu. Nie ulegało ono raczej większym modyfikacjom na przestrzeni solowej kariery Morrisseya (przynajmniej od Vauxhall And I). Prosty rock, upstrzony popularnymi, spotykanymi często w gitarowych przebojach radiowych, ozdobnikami. Z drugiej strony wypominanie plastikowej, wręcz popowej produkcji łatwo zbić argumentem, że miała ona posłużyć uwidocznieniu co tu jest najważniejsze i na kogo należy baczyć najskrupulatniej.

Closer "You Know I Couldn't Last" to utwór, który może uosabiać narzucające się wyobrażenie o samodzielnych poczynaniach byłego frontmana The Smiths (przynajmniej u osobników nie wiedzących, że wypluwał on już solo płyty rewelacyjne – na myśli mam tu zwłaszcza Vauxhall And I, o której zresztą Yorke powiedział niedawno, że przewija się ciągle przez The Bends, bo "wtedy wszyscy słuchaliśmy tego w kółko"). Można dostać w machę tekstem, natomiast muzyka przeciętna, nieco nawet nazdmuchana. A tu się okazało, hi hi, że to zdecydowanie najsłabsza pozycja You Are The Quarry, a Morrissey na reszcie krążka najzwyczajniej w świecie pokazał. Wyrosło się z plakatów idoli niby, a jednak zaraz umiejscowię któryś z krążków tego bossa w ten sposób, bym zawsze gdy jestem w pokoju czuł na sobie owe przenikliwe wejrzenie.

Jędrzej Michalak    
18 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja