RECENZJE

Mooney Suzuki
Electric Sweat

2002, Gammon 7.3

A więc obrócił się przeciwko mnie niemal cały świat, po tym, jak napisałem krytyczną recenzję Is This It The Strokes. Heh, cóż za ironia: byłem chyba jedyną osobą w tym kraju, która powiedziała o Casablancasie i spółce złe słowo. Kiedy ja nic nie mam przeciwko Strokes! Zabawne, ale ich krążek wydał mi się sympatyczny. Trudno jednak, żebym zawyżał wbrew sobie ocenę albumu tylko z powodu wielkiej popularności grupy w Wielkiej Brytanii i Stanach. Autorka jednego z hate-maili, jakie otrzymałem w tej sprawie, stwierdziła, że się zupełnie skompromitowałem, bo tak utalentowanych zespołów jak Strokes było w historii rocka najwyżej pięć. (Serio! Tak napisała, nie zmyślam!)

Strokes wykonali fajną robotę kopiując brzmienie Wielkich sprzed lat. Szkoda tylko, że 90% ludzi nie słyszało o Bee Thousand, Liz Phair, czy Black Foliage, by nie wymieniać więcej. Jak to często bywa, z niewiedzy biorą się komiczne wypowiedzi (jak ta powyższa), których komentowanie jest zbędne. Lubię także White Stripes, a jakże. W ogóle bardzo lubię takie powroty do przeszłości rockowej, wskrzeszanie tradycji, przypominanie o starych patentach. Jednak powód był zawsze ten sam: muzyka musi być dobra. Dobra, nie byle jaka! Nie wystarczy koncepcja i image, trzeba jeszcze mieć dar. Piosenek takich jak "Last Nite" zawsze będzie dużo. Ale małe arcydzieła pokroju "Tractor Rape Chain" powstają nieczęsto. Widzicie?

Co ma wiele wspólnego z The Mooney Suzuki. Czterej goście z Detroit też grają surowy gitarowy czad, też noszą skóry i ciemne okulary. Co jednak odróżnia ich od Strokes (poza tym, że byli pierwsi: kiedy wydawali debiut People Get Ready, o Strokes nikt jeszcze nie słyszał) to szczerość i entuzjazm. Oni po prostu mają "to coś", porywają swym garażowym brzdąkaniem, niczego nie udają. Aha, i nie potrzebują żadnego tatusia-milionera, który zapewniłby im świetne recenzje w prasie. Polegają tylko na sobie. Właśnie wydali drugą płytę, Electric Sweat. Płytę, przy której Is This It wydaje się śmieszna i ciotowska. Przykro mi.

Choć nazwani na cześć dwóch słynnych wokalistów jednej z najwybitniejszych grup w historii rocka, Mooney Suzuki nie składają jej hołdu muzycznego. Głównie czerpią z dorobku prostego rock and rolla. Ich styl to mieszanka takich tuzów, jak The Yardbirds, The Who, The Kinks, The Rolling Stones, Cream, MC5 i The Stooges. Nieźle brzmi, wiem, że wymienianie takich legend pod rząd w jednej linijce zakrawa na profanację, ale jakoś się temu kwartetowi udało połączyć elementy klasycznego rocka sześćdziesiątych w jedno i ze zdumieniem stwierdzam, że jest to połączenie pasjonujące. Na okładce panowie uchwyceni są w koncertowej ekstazie i taką ekstazę słychać przez cały Electric Sweat.

Mooney Suzuki nie przesuwają historii rocka ani o centymetr, ale słuchanie ich daje taką radochę, tak nieprawdopodobnie nakręca, że aż strach pomyśleć: przecież właśnie o to w rocku chodzi. Spróbuję teraz nakreślić zawartość Electric Sweat, ale zastrzegam, iż pełne zrozumienie siły grupy możliwe jest jedynie w bezpośrednim kontakcie z błyszczącym lusterkiem, inaczej cała energia jest zaledwie domyślna. Podczas, gdy oni kipią, gotują się, buzują! Tego nie sposób właściwie odebrać za pomocą tekstu, chyba, że zaczniecie recenzję skandować, wtedy, kto wie.

Tytułowy strzęp mięsistego riffu otwiera tę jazdę w absolutnym amoku. "Get ready / Get set / What you get is electric sweat", krzyczy do mikrofonu Sammy James Jr. A jego kumpel, Graham Tyler, wycina krwiste solo, które trzyma całą piosenkę za gacie. "In A Young Man's Mind" jest krzyżówką Hendrixa i punku, ze swoim dwuakordowym mostkiem pod koniec, reminiscencją ostrzejszych momentów Never Mind The Bollocks. Może trochę zbyt prosta jest to kompozycja, jakich też znamy wiele, ale podoba mi się to zespolenie inspiracji w elegancki, doskonale skrojony rock.

Prawdziwym odlotem na Electric Sweat jest "Oh Sweet Susanna", rzecz pozornie też zerżnięta, choć po prawdzie zdradzająca najwięcej inwencji i własnego wkładu. Równy, jak z bicza strzelił, rytm, który łatwo zaraz poczuć w kościach, oraz zajebista jeżdżąca gitarka kojarzą się wprost z The Rolling Stones ery Aftermath. Lecz harmonijny refren na głosy ("Oh sweet Susanna / Can you remember?") dodaje do tego suchego grania wiele piękna, zachowując przy tym całkowicie czad! Wiem, że porównywanie jakiegoś Mooney Suzuki do Stonesów, Bogów Rockowego Wymiatania, wygląda śmiesznie, ale nie mogłem się powstrzymać, chyba dlatego, że to takie dobre jest.

A co w takim razie powiecie na wspomnienie Fab Four, z okresu hamburskiego, w uroczym "A Little Bit Of Love"? Znów przesadzam, choć niech mi ktoś powie, że taki zajadły rock z opadającym motywem chorusu jest dziś czymś zwyczajnym. Niech już będzie: wstęp do "I Woke Up This Mornin'" odsyła do "My Generation", a śpiew Jamesa Juniora w "Natural Fact" do wczesnego Led Zep. Mogę tylko zapewnić, że mnogość odniesień działa na korzyść Mooney Suzuki. Czekam, aż przyjadą do naszego chorego kraju i zagrają taki wykop, że Spodek trząsł się będzie w posadach. Tak, to jest sen, natomiast potęga uderzenia i szczerość Electric Sweat to rzeczywistość. Śmiejcie się z mojego podjarania, zarzucajcie im (z czym się zgadzam) wtórność i trywialność, a ja was olewam, bo właśnie odpalam ponownie czerwone kółko.

Borys Dejnarowicz    
26 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie