RECENZJE

Moiré
Shelter

2014, Werkdiscs 7.1

Początek albumu niczego nie zapowiada. Opener odebrałem jako track, który nie odsłoni przede mną szerszych perspektyw w quasi-konceptualnym muzycznym projekcie bezimiennego Moiré. Nawiasem mówiąc, wymyślanie siebie i poruszanie się twórców w odgórnie ustalonej postaci, jak gdyby rozmyślnie chcieli oni pogrzebać wszelką poziomą ewolucję, prowokuje we mnie pewną nieufność. Zdawało się to w pewnym stopniu dotyczyć również kumpla Darrena Cunninghama. Ograniczenia tego typu i sama przynależność do Werkdiscs mogły na dłuższą metę zapowiadać coś niezbyt interesującego. Ale po kilkunastu miesiącach obecności Moiré w muzyce nic nie wskazuje na to, by taką rzeczywistość miał przed nami otwierać ten producent, mówiący dziś nieoczekiwanie ważkim głosem. Brzmieniowe eksploracje bezbarwnych, zacierających się dźwiękowych tekstur czy też epigoństwo nie stanowią zakresu, w jakim płyta się porusza, nigdy też nie dominowały one nad kompozytorstwem w jego twórczości. Wszystko to stanowi bowiem dosyć luźne ramy, wynikające z jego pozamuzycznych zainteresowań i przyjętej estetyki. Takie zwykłego typu inspiracje.

Ważniejsze jest to, że po raz pierwszy czuję się zdumiony, słuchając londyńczyka. W momencie wejścia stopy w pół słowa natchnionemu Bonesowi i rozwinięcia basu w “Dali House” (wpisującego Moiré w poczet zasłużonych dla refleksyjnego house’u o nienagannych tradycjach, którym w ostatnich latach raczył nas na przykład label 100% Silk) nie mam pytań. Pomruki szczątkowego groove’u odsyłają gdzieś do Vocalcity, zaś proste zmiany akordów wygrywanych padami i zmiany aranżacji “jedną ręką” – do Coyote Clean Up. Wyzywający głos Bonesa stanowi nieodłączną część tego tu (tu tu tu tu tu…) niepoślednio kunsztownego cymesiku. Konsekwentnie hipnotyzujący track numer dwa i pół, bardziej obskurne “Hands On”, popadające wraz z pojawieniem się delikatnie modulowanej linii smyków i zastygłych klawiszy w jakiś dziwny stan, z którego krok po kroku próbuje się otrząsnąć, to kolejny udany wytwór tej myśli, za którą Moiré zgarnąć powinien propsy pod koniec roku. A to dopiero pierwsza z dróg, którą wytycza sobie na albumie. W te same struny uderza jeszcze “Infinity Shadow”, doskonalsza wersja zeszłorocznego “Into”. Podobnie podkreślony kick i opary, w których duszą się wokalne sample, przypominają fragmenty EP-ek, ale przyrost jakościowy to cecha, która wiedzie tutaj prym. Nie obraziłbym się, gdyby cały album brzmiał jak jego początek. O uwagę słusznie walczy natomiast druga część płyty, która bardziej przywodzi na myśl producencki sznyt Detroit techno lat dziewięćdziesiątych. Jakieś zadymione speluny, z których ulotnił się już jazz, w podcinającym, parrishowym “Stars”, czy zdające się dryfować w głęboki kosmos “No Gravity”. To porządne tracki, które – a mowa tu przede wszystkim o końcówce, niezapewniającej aż takiego natłoku atrakcji – można byłoby jeszcze doposażyć w chwytliwe motywy i troszkę odciążyć.

Oznaką biegłości i często sferą bardziej zajmującą Moiré jest składanie kruchych powłok bitu, próbowanie różnych efektów, generowanie dławiących się dołów i rzucanie tego wszystkiego w gęste od pogłosu odmęty, gdzie trafia również większość pociętych, zapętlonych głosów i warstewek kolorów. Formuje to konstelacje, do których śledzenia na pewno będę jeszcze wracał. Ale równie dużą, jeśli nie większą, uwagę londyńczyk poświęca przebiegowi kompozycji i prostym motywom, które album czynią tak bardzo słuchalnym. Bądź co bądź, Shelter to dzieło przystępne, a mnie angażujące najbardziej właśnie w swojej rozciągłości. Jeśli po jakimś czasie muzyka Moiré nabierze jeszcze więcej światłej lekkości klasyków i wytworzy jeszcze więcej precyzyjnie dawkowanego napięcia, zacisnę kciuki jeszcze mocniej.

Krzysztof Pytel    
16 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie