RECENZJE

Mogwai
Zidane: A 21st Century Portait

2006, Wall of Sound 3.6

Pomysłów na tę recenzję było kilka. Pierwszy, radykalny, zamieścić tylko prorocze zdanie Michała z recki Mr. Beast. Drugi, bezpieczny, uchwycić się jedynej ramy interpretacyjnej, która przykuwa to wydawnictwo w dyby mojego zainteresowania – czyli rozwinąć trop ścieżki filmowej. Niestety nie miałem przyjemności zapoznać się z dokumentem o najlepszym piłkarzu jakiego miałem przyjemność podziwiać w relacjach na żywo, stąd takie wyjście byłoby po prostu nierzetelne. Trzecie rozwiązanie, miało niejako być antidotum na patową sytuację opcji drugiej. Abstrahując od treści filmu chciałem wyłożyć ideę muzyczną sponsorującą ten album, czyli opisać zrzeknięcie się firmowej maniery cicho-głośno, na rzecz spokojniejszego, wręcz ambientowego brzmienia podyktowanego przeznaczeniem do roli ścieżki dźwiękowej, przy równoczesnym zastosowaniu patentów, które, "o ironio", ładnych parę lat temu nazwalibyśmy atutami, a dzisiaj jednoznacznie klasyfikujemy jako stygmaty artystycznego wypalenia i kreatywnej niemocy. Skoro jednak udało mi się to zawrzeć w jednym zadaniu, perspektywa nadymania tego baloniku dalszymi słowami do rozmiarów pełnoprawnej recenzji zredukowała by wszak słowa te do roli powietrza, w czym, żeby była jasność, nigdy nie celowałem i celować nie mam zamiaru.

I tak będąc lekko podirytowany ni to na siebie ni to na Mogwai, kiedy skupienie moje zataczało coraz luźniejsze kręgi wokół komputera z włączonym edytorem tekstu, zaświtała mi nieśmiało myśl aby, wrócić do korzeni, pójść w oldschool czy jak to tam nazwać i ordynarnie napisać co o tej płycie sądzę. Otóż płyta ta w moim przypadku sprawdza się tylko i wyłączenie jako muzyka tła. Wyeliminowanie bardziej dramatycznych momentów wzrostu dźwiękowego napięcia gitarowego wyprowadziło ją w rejony dywagacji "czy puścić ją podczas czytania gazety, czy podczas przygotowywania się do kolosa?". Jej klimat jest piłkarski tak jak pogoda, którą zwykło określać się takim mianem czyli, ciepło ale nie upalnie, niebo raczej zachmurzone, ale nie ma mowy o deszczu, jeśli wilgoć to nie w powietrzu tylko na murawie żeby piłka "szybciej chodziła", słowem na wskroś umiarkowanie. Mecz typowo na 0:0, mało sytuacji zakończonych strzałem, że o uderzeniach w światło bramki nie wspomnę (może "Black Spider", albo "Terrific Speech" – oba w dwóch częściach, przypadek?). No i główny zarzut pojawiający się w kontekście Mogwai – numer 3. w "Kodeksie dziennikarza muzycznego" – "Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a jeżeli już to chociaż na tyle głęboko, żeby poczuć nurt na jajach". Coś jeszcze? Hmmm chyba nie, spotkanie emocjonujące tylko dla kibiców drużyny, reszcie radzę zmienić kanał.

Paweł Nowotarski    
9 maja 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie