RECENZJE

Modest Mouse
The Moon & Antarctica

2000, Epic 9.2

Co się stanie, gdy niezależna, alternatywna grupa rockowa z podziemną przeszłością podpisze kontrakt z wielką wytwórnią? Czy zrezygnuje z artystycznej wiarygodności na rzecz wysokiej sprzedaży płyt? Czy dostosuje brzmienie do rynkowych wymogów? Czy, wreszcie, zmodyfikuje swój wizerunek wedle komercyjnych prawideł? Owszem, prawie każda grupa by tak postąpiła. Każda, ale nie Modest Mouse.

Zazdroszczę Amerykanom alternatywy. Co jak co, ale alternatywę to oni mają z prawdziwego zdarzenia. Porównajmy choćby z takim małym kraikiem nad Wisłą. My, oprócz kilku dosłownie nazw, które stali czytelnicy Porcys.com dobrze znają, nie mamy żadnych alternatywnych wykonawców z prawdziwego zdarzenia. W Polsce alternatywą nazywane są pierdoły pokroju Pidżamy Porno, Partii i Stvörków. Ratunku! Gorzej, że nikomu to nie przeszkadza, bo tak się ludzie przyzwyczaili i już. Tymczasem w Stanach... Tam jest cała prężna sieć, cały gąszcz artystów, których dokonania są równie profesjonalnie produkowane i prawie tak samo dobrze dystrybuowane, co twórczość mainstreamowa. Jedna tylko rzecz odróżnia mainstream od alternatywy: poziom.

Modest Mouse nagrali Moon & Antarctica w komfortowych warunkach, przy pomocy znakomitego producenta, Briana Decka i pod czujnym okiem dobrych wujków z Sony Music. W studiu, dzięki kreatywności Decka i własnej, muzycy zespołu mogli do woli eksperymentować z brzmieniem, korzystając z najlepszego sprzętu i technologii. Dzięki tym możliwościom powstał album, który od strony realizatorskiej przewyższa z powodzeniem wiele komercyjnych, laboratoryjnych produktów popowych. A jednak nie ma on z popem nic wspólnego. Jest aż do bólu alternatywny. Bo alternatywa to sposób myślenia, specyficzna wrażliwość i szczerość, a nie amatorskie warunki nagraniowe. Pojmujecie całą sprawę?

Zaczyna się od cichej, niewinnej melodyjki gitary w "3rd Planet". Zaraz potem pojawia się głos Isaaca Brocka, nad którym warto się na chwilę zatrzymać. Ma facet niesamowity dar, niezwykłą emocję w barwie wokalu. Jest w stanie poruszyć słuchacza do głębi, nie używając żadnych starych sztuczek, a po prostu śpiewając. Ogromnie ważne jest natomiast, co śpiewa. Teksty Brocka na Moon & Antarctica układają się w gorzką, ale i fascynującą rozprawę o małości człowieka w obliczu wieczności i bezmiaru czasoprzestrzeni. Oryginalny styl i poetycka wrażliwość zapewniają mu, tylko dzięki temu albumowi, miejsce w galerii największych autorów w historii.

W następnym utworze, "Gravity Rides Everything", kolesie po raz pierwszy dają wyraz swego geniuszu. "Oh, gotta see, gotta know right now" nuci sobie Brock na tle rytmicznych pasaży akustycznej gitary. Ciarki skradają się delikatnie po plecach. Przejmujący tekst o tym, że wszystkich nas czeka ten sam koniec, podany jest w sposób prawie beznamiętny, co potęguje jego głębię. To pogodzenie się z losem istoty żyjącej, powiedziałbym. Takiego zabiegu, poza może Ok Computer, nie stosował wcześniej nikt. "Dark Center Of The Universe" jest właściwie logiczną kontynuacją poprzednika, tyle, że z ostrzejszymi gitarami i wokalnymi wybuchami w refrenie. Spokojna, urzekająca, piękna ballada "Perfect Disguise" jest prologiem wspaniałej suity złożonej z pięciu niezależnych fragmentów.

Kolejny w zestawie "Tiny Cities Made Of Ashes" jest moim ulubionym. Atakuje jednostajnym, beznamiętnym, dyskotekowym beatem i basem przywołującym na myśl "Another Brick In The Wall, Part 2" Pink Floyd, by rozwinąć się w dramatyczny protest przeciw nowoczesnemu, cyfrowemu światu. Zimny głos Brocka, który śpiewa "We're drinkin' drinkin' drinkin' drinkin' coca coca cola" przeradza się w niekontrolowany wybuch rozpaczy. "Does anybody know a way a body could getaway?" powtarzane jest jak ostatnie słowa modlitwy człowieka przełomu wieku. Podczas gdy w słuchawkach dobiega końca kolejny rozdział historii rocka, ja siedzę nieruchomo i czuję spływające powoli strużki potu na twarzy.

Ale Modest Mouse nie dają ani chwili spokoju. Kapitalny "A Different City" brzmi jak zespół The Police zaczynający swoją karierę w latach dziewięćdziesiątych, a to za sprawą głosu Brocka i ostrego, ciętego riffu gitary. "The Cold Part" jest dziełem samym w sobie: na jego dogłębną analizę mogłoby nie wystarczyć pięciu takich jak ta recenzji. Tajemnicza atmosfera, przeszywająca partia skrzypiec i echo powstałe z jednego głosu sprawiają wrażenie absolutnego kosmosu. I wreszcie "Alone Down There", w którym szyderczy śmiech Brocka przypomina śmiech Watersa w "One Of The Few" z płyty "The Final Cut" Pink Floyd. Niesamowite.

Ale najbardziej niesamowite jest to, że doszedłem dopiero do połowy płyty! A przecież jest jeszcze centralny punkt tej epopei, dziewięciominutowy, epicki, monumentalny "The Stars Are Projectors", w którym znalazło się miejsce na wszystko: od balladowych zaśpiewów po futurystyczne improwizacje. Jest nowatorski "I Came As A Rat", gdzie prosty, zapętlony motyw otwiera drogę hipnotycznym partiom gitarowym, a banalny okrzyk Brocka "Uh oh" wybiega daleko poza ziemski świat (co słychać!). No i jest jeszcze wstrząsający "Lives" z ponurą konkluzją: "No one's gonna play the harp when you die". Odbiera mi głos.

Nie powiedziałem jeszcze tego wprost, więc mówię teraz: ten mroczny, gęsty i przestrzenny album jest prawdziwym arcydziełem. Moon & Antarctica stanowi osiągnięcie epokowe, sytuujące grupę Modest Mouse pośród największych klasyków rocka. Możecie wierzyć, lub nie, ale radzę wam uwierzyć.

I to jest właśnie amerykańska alternatywa. Wstydzicie się za rodzime podziemie muzyczne? Bo ja tak.

Borys Dejnarowicz    
3 listopada 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy