RECENZJE

Modest Mouse
Good News For People Who Love Bad News

2004, Epic 7.6

Przykrywam się kołdrą, jest ciemno. Dwa przeciągłe zgrzyty obleśnych dęciaków z cichutkim ironicznym zaśmiechem w tle inaugurują tę podróż. Majestatyczna, tak charakterystyczna repetycyjna figura gitarowa otwiera właściwy pierwszy utwór, nim po chwili zrezygnowany, przygasły, wzruszający bezradnością głos zaczyna śpiewać. "Ice-age heat wave, can't complain / If the world's at large, why should I remain?" rozlega się bolesnym echem na tle misternie plumkających dwóch wiosełek. Harmonie są niebiańskie. Miarowy świst talerzy i przeszkadzajek, a potem nabicia stopy kontrują multi-back-wokale. Gwizdek wtóruje im sielsko. Fortepian brzdęka pojedynczymi dźwiękami, imitując bas. Melotron naśladuje żywe smyki. Brock wychodzi ze śpiewem, zostawiając same chórki na bazie statycznego momentu zatraty. Muzyka stoi w miejscu jak woda w stawie, gdzie pływają świergoczące ptaki. Procesowany melotron obniża ton, błądzi i kieruje do cykania automatu perkusyjnego i wreszcie średniego tempem bitu bębnów oraz niewybaczalnie elektryzującej partii basu. Na podstawie identycznych akordów co w poprzednim, panowie wycinają z pasją jeden z najbardziej chwytliwych kawałków roku, o zanucalnym natychmiast, uzależniającym refrenie. Muzyka jest perfekcyjna, spełnia wzór perfekcji zapisany w chmurach. Piosenka wygląda jak idealny singiel. Nie wiem, nie słucham radia.

"Ocean Breathes Salty" wytryska barwnymi pasażami fontanny reverbów, niczym tęcza rozbłysła w odbiciu morskiej tafli. Sen trwa. Unoszę się, przestrzeń jest wokół mnie, that's right. Czego pragnę w tym momencie, to rozpłynąć się w dźwięku. "Well maybe we'll get lucky and we'll both live again / Well I don't know, I don't know, I don't know, don't think so". Nie chcę się rozryczeć bo przecież mam być poważnym dorosłym mężczyzną z rodziną do założenia, ślubem do wzięcia i pracą do zarobienia. Wciąż, zaraz się rozbeczę do kurwy nędzy. Anioł zstąpił na ziemię i przyniósł najwspanialszy motyw basowy jaki w tym momencie potrafię sobie przypomnieć, co dobiło mój stan duszy. "Well that is that / And this is this / You tell me what you want / And I'll tell you what you get" z plamkami klawiszy skręcają z rozkoszy. W półśnie na bieżąco komentuję sobie frazy. Puenta "You wasted life, why wouldn't you waste death", a potem "the afterlife" zabija standardową opcją wyrażenia każdej mojej myśli w formie uniwersalnej sentencji spajającej je wszystkie jak snop światła. Nie, to jest perfekcyjne. To jest. Modest Mouse przy inicjalnym seansie z nową płytą potrafią wywołać u mnie uczucie pragnienia śmierci ze szczęścia. Podobno śmierć w znieczuleniu, w śpiączce, w narkozie, jest najcudowniejsza, i ja chcę tak przy tej wchłanialnej oddechem, jebanej dziesiątce.

Brzdęki ukulele i chrapiące, Waitsowe pomruki Isaaca "I hope you are dead" wprowadzają do agresywnego, ostrego, choć jakby powstrzymanego z brzegu, niczym pies na smyczy, ciężko stąpającego post-bluesa. Mi się wydaje, że mi się to wydaje. Zagęszczony kapitalną pikawką syntezatora chorus przedstawia spektakl jednego aktora, z Brockiem wrzeszczącym zwierzęco "Pleeeeaaaasee! Bury me! With it!". Padają słowa tytułowe albumu. Przez następne półrocze będę reagował wymiotnie na padające z ust Polaków. To moja choroba. Jak zauważyła niegdyś Klara, genialność tego tytułu da się ogarnąć dopiero po jakimś czasie. Zwariowany, zaślepiony, zapluty jadem "Dance Hall" mknie autostradą dziarsko, acz bez oszołamiającej prędkości. Seria typowo denerwujących, zajebistych hooków atakuje sflaczałe ciało. Akustyczna ballada "Bukowski" z wiodącą rolą banjo i akordeonu pogrąża w refleksyjnym, dołującym nastroju. Ha. Co za brednie. Nagle The Dirty Dozen Brass Band wracają z tymi kakofonicznymi spiętrzeniami z intra i w dziwacznej aranżacji leci "Devil's Worksday", parę miesięcy wcześniej witający odwiedzających stronkę Modest w necie. HA, HA, HA, HA, HA, HA, HA.

Fiu fiu. Surowe podjazdy skreczującej gitarki i stukanie pałeczek odmierzają start funkującego wypasionym groovem "The View". To trochę ich udział w dance-punku, ale wraz z biegiem sekund klasyczne Modest się wkrada coraz bardziej, wieńcząc epickim finałem. "Satin In A Coffin" pożycza marszową rytmikę "Five To One" Doorsów i obudowuje ją nakładkami miękkiego skandowania i ciepłych zwrotów melodyki. Precyzja produkcyjna zachwyca szerokim pasmem i przejrzystą selektywnością bogactwa. Organowe preludium antycypuje już "Blame It On The Tetons", bezczelną zrzynkę z "Unwind" Sonic Youth (sprawdźcie se, piąty na Washing Machine). "Black Cadillacs" i "One Chance" są wstrząsające jak cokolwiek Brock zrobi. Lecz closer "The Good Times Are Killing Me", oddanie wprost kondycji psychicznej ery post-Moon, przygniata porcją zbyt mocnych doznań z serii płaczu i takich tam nieistotnych głupot. Basik sam w sobie wspierający linię przewodnią falsetu wystarcza, żeby się rozpuścić jak cukier. Trasa zmierza do unicestwienia bólu środkami DOBRA, PIĘKNA, MIŁOŚCI i reszty niepopularnych haseł. Jak na człowieka który latem 2000 osiągnął nieśmiertelność, całkiem niezła płyta, he. Zasypiam.

Borys Dejnarowicz    
31 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie