RECENZJE

Missy Elliott
This Is Not A Test!

2003, Elektra 7.3

Nową Missy nabyłem w Media Markt na Ostrobramskiej, gdzie wybrałem się razem z Magdą kosztem piątkowych wykładów. Może przedstawię wam przy okazji tę osobę, bo też recka nowej Misdemeanor jest ku temu okazją wymarzoną. Tylko co ja mogę opowiedzieć o Megi. Niebezpiecznie jest mówić o którejś ze swoich koleżanek, że jest najładniejsza, albo najfajniejsza, co najmniej z kilku powodów, z których już ten, że dla samej adresatki mogłoby to być krępujące jest zupełnie wystarczający. Powiedzmy zatem coś, za co może nikt się na mnie śmiertelnie nie obrazi, a wy zyskacie namiastkę wyobrażenia fenomenu tej skromnej, genialnie naturalnej i co może dla mnie najbardziej cenne, dzielnie wysłuchującej moich zwierzeń młodziutkiej kobiety. Otóż to, co się rzuca w oczy przy pierwszym zetknięciu z Magdą, to jej figura oscylująca wokół przysłowiowego "10.0", będąca "pretty fucking far from ok", gdzie "ok" to średnia krajowa. Dodam, że to najlepiej rozumiejąca mnie osoba na uczelni, a wiele jej zachowań uważam za kwintesencję dziewczęcej spontaniczności, przy jednoczesnej rozwadze i wyważeniu, co składa się na absolut – przynajmniej dla mnie.

No dobra, koniec z zachwytami, teraz macie się zasępić. Bo tak, niby fajnie być laską, ale postawcie się w jej sytuacji. Te natrętne spojrzenia ćwierć-mózgów jakich nie brakuje na korytarzach i w salach uczelni (gdyby tylko tam), żałosne do bólu aluzje podstarzałych, a wciąż napalonych profesorów którzy błyskawicznie potrafią zapomnieć o powadze piastowanego tytułu, branie do tablicy, niekończące się konsultacje, czy wreszcie, chyba najbardziej bolesna, mająca jak domniemywam miejsce od czasu do czasu zawiść rówieśniczek plus niekontrolowane zachowania rówieśników (szczególnie gdy popiją) – nie ma tego / idę wyrzygać / zaraz podejmę wątek.

Laska, która nie ma duszy, powiedzmy oględnie "imprezowej", nie ma lekko. I bez względu na to czy kogoś to irytuje, czy bawi (jak kogoś to bawi, to życzę mu, żeby pewien radiosłuchacz obszedł się z nim tak, jak niegdyś wraz z całą Warszawą zrobił to w "Kielecach" z Liroyem), właśnie tak to wygląda. I wyobraźcie sobie, że Magda dzieli ze mną zajawkę dobrym hip-hopem, przy czym ściślej jej drużyna to bardziej klimaty r&b i soul. W lecie na praktykach pożyczyłem od niej Under Construction (ma w oryginale, prezent od jej chłopaka Cielaka) i później jak katowaliśmy sobie razem "Work It" miałem przyjemność widzieć ją jak się czerwieni, w odpowiedzi na pytanie co sądzi o frazie "If you got a big / Let me search it / To find out how hard / I gotta work ya". Przyznacie sami: intuicja podpowiada, że albo Magda nie powinna nigdy się czerwienić i śpiewać to co Missy, albo Missy wyglądać jak Magda, bo odmienny sex appeal pośrednio predestynuje ich zachowanie w rozbieżnych kierunkach. (Z każdym zdaniem zastanawiam się ile osób obrazi się po publikacji i dlaczego.)

No ale tak jak w naturze Megi nie leży rubaszna rozwiązłość, tak Missy w "Pass That Dutch" ochoczo obwieszcza wszem i wobec: "I'm a pain in your rectum / I am that bitch y'all slept on". Takie podejście do swojej seksualności, igranie sobie ze słówka "intymność” (o ile o nim kiedyś słyszała) to, obok muzyki, główny wyróżnik stylu czarnej raperki. W ogóle odbywająca się na naszych oczach rewolta obyczajowa, w której laskanie pytonga mniej znaczy niż wypad do kina (za kino się płaci) w osobie mainstreamowej królowej znajduje jedną z wizjonerek i przywódczyń. Ze swoją jednowymiarową obsesją i porażającym przekonaniu o swoim bossostwie jest ona niejako żeńską wersją macho, natarczywej gwałcicielki, która zamiast nudnego "dzień dobry" wita panów słowami "ściągaj porty madafaka". Dorzucę wieść, że cover art mieści na odwrocie jej plakat, na którym prezentuje się w obcisłym, odsłaniającym pięknie (ale nie piękne) uda wdzianku, który to widok rozbawił, ale i oburzył Megi: "Hej, ona nigdy tak się nie fotografowała!". Nasty Bitch, Suka Ta? Well, co tu się oszukiwać – dokładnie tak!

Jakkolwiek zabrzmi to może groteskowo, Under Construction najwyraźniej uchwyciło Missy w okresie kiedy nie miała za bardzo ochoty na imprezy, udowadnianie swoich przewag i sami się domyślcie na co jeszcze jej nie miała. Porównując najbardziej przytłaczające, naznaczone timbalandową paranoją bity na obu albumach, weźmy "stare" "Work It" i "Gossip Folks" oraz "nowe" "Pass That Dutch" i "I'm Really Hot" (choć tu znalazłoby się jeszcze co najmniej kilka równie szalonych fragmentów, choćby "Let Me Fix My Weave" czy "Don't Be Cruel"). Huh? Co tu się dzieje. Niby to samo, ale kawałki z This Is Not A Test! brzmią dwukrotnie potężniej, wgniatają w ziemię doomowym posmakiem, imponują masakrystyczną produkcją i bogactwem aranży. Timba (pieszczotliwa forma którą preferuje współautorka) chciał chyba pokazać, że nie tylko Raskit potrafi straszyć podkładami, i w tym aspekcie rzemiosła w zasadzie dopiął swego.

Wyjebistość tego materiału z perspektywy osoby gardzącej na co dzień mainstreamem polega także na tym, że zatapiając się po uszy w scenografii, którą zwykliśmy gardzić (odrobina perwersji zawsze w cenie), musimy czuć się zachwyceni poziomem. Taki pacjent Nelly na przykład. Niby wiadomo, że go nie ma, nie ma tej jego prymitywnej mordy i plastra na policzku, nie ma tego duetu z Kelly Rowland w "Dilemma", no nie ma. Ale nie da się zaprzeczyć, że jego indyjskie zaśpiewy (nawiasem mówiąc, znajdziecie tu sporo wschodnich rytmów) w "Pump It Up" wypadają mistrzowsko. No sory, też go nie lubię, ale taka prawda.

Osobny rozdział to trochę groteskowo brzmiące odsłony romantycznej strony duszy Missy (A więc jednak ją ma? Nie, wybaczcie, ale to raczej zabieg stylistyczny. Zresztą mniejsza z tym, ważne, że zajebiste), które mają wszak zacną tradycję (wspomnijcie na superoskie "Back In The Day" i "Pussycat"). Pulsujące nieco subtelniejszą erotyką, eteryczne, gęste, oleiste, ciepłe (tak wiem, mam się uspokoić) "Is This Our Last Time", mocno osadzone w klimatach r&b i soul (zapewne do nich najchętniej bounce'uje Magda), wyśmienite "Intro" i "Outro" z udaną wizytą Mary J. Blige, ale też cudnie kołyszący "Keep It Movin" (rozpierdalająca fraza "Keep it movin / Love the way your body groovin" by Elephant Man) oraz hiciorskie, butne "girl power" na wysokości "Toyz". Kulminacja tego oblicza krążka ma miejsce przy okazji "I'm Not Perfect", gdzie słyszymy: "I'm not perfect just like you / So come on let me give you a hug" – uważaj harcerz bo się usmarczesz jak mawia Miś, ale kawałek nawet tak nie drażni, no może ciut.

Moje żartobliwe zestawianie Murzynki zza Oceanu z Białaską (choć śniadą) znad Wisły nie doczeka się chyba puenty. Bywa i tak – wybaczcie.

Jacek Kinowski    
30 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja