RECENZJE

Missy Elliott
The Cookbook

2005, Goldmind / Atlantic 5.9

Wychodzi nowa Missy – czas na prezent. Choinka, Gwiazdor, tradycja – zgoda, ale akurat mowa o dniach minionych, upalnych i wakacyjny. Zgodnie z młodą, lecz dobrze rokującą tradycją rzeczony upominek odbył krętą podróż z Media w ręce Megi, aby ucieszyć choć na chwilę zamęczaną przez wszystkich i wszystko bliską osobę. Konkretnie Cookbook została wręczona na imprezie u Surdyków (aka Julków), na której ze wspólnych znajomych pojawił się też Zakrocki z Muzą – Zuzą. W jednym z pokoi udało nam się przejąć wieżę, jednak zapału (i zdrowia) starczyło na jakieś elektroniczne nowości ze szczecińskiego schroniska, Smarka, Cyne'a i parę kawałków z zeszłorocznej Murs 3:16 – The 9th Edition, gdzie "Bad Man" strasznie wymiata.

Pascal po prostu gotuje, a Missy rzecz jasna kozaczy. Czołówka z pyszałkowatym "Joy" i porywającym "Partytime" obiecuje gruszki na wierzbie. Ciepłe melodie, nieoczekiwane zwroty akcji przyczajone (i ukryte) w fikuśnych kompozycjach, plus kanciaste bity Timby. Coś jak ukłon dla grime'owców, ale z zachowaniem własnego ja. Pierwszy raz słuchałem wieczorową porą, to serio przez chwilę w te gruszki uwierzyłem. Tymczasem dalej jest już różnie i obok kolejnych ciekawych numerów ("My Struggles", "We Run This", "4 My Man", "Teary Eyed") trafiają się nudziarskie odpady ("On & On", "Mommy"). Zamyka znowu "Bad Man", ale tym razem już nie Murs, a oczywiście Missy w kolaboracji rożnych nacji (gości M.I.A.). Taki tam sobie ten finisz, nie specjalny.

We wkładce reklama kolekcji "Adasia" dla puszystych; zdaje się, że kreacje są również dziełem Missy, nie wnikałem. Jak sami rozumiecie rad jestem, że krążek ma sporo do zaoferowania, bo choć darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda, to zawsze fajny prezent lepszym jest od słabego.

Jacek Kinowski    
26 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy