RECENZJE

Mission Of Burma
The Obliterati

2006, Matador 6.6

Skoro niedawno pisaliśmy o nowym Sonic Youth, to sporym nietaktem byłoby pominięcie milczeniem produkcji Mission Of Burma, wypuszczonej na rynek kilka miesięcy temu. Nie ma właściwie wielkiego problemu, bo The Obliterati zawiera muzykę szorstką, trudną, choć na swój sposób subtelną i żeby dobrze ją poznać, trzeba trochę czasu spędzić.

Btw dzisiaj zdarzyło mi się nieopatrznie włączyć telewizor (zawsze kiedy włączam coś mnie in minus zaskakuje zresztą) i zobaczyć w jakiejś audycji dla gospodyń domowych "krytyka" muzycznego, który opowiadał o jakiejś tam płycie, nieważne już jakiej. Ten to człowiek pochwaliwszy bardzo bez specjalnego entuzjazmu płytkę, wzbudził słuszne zdziwienie prowadzących program: "to znaczy, że ci się nie podoba?". Koleś na to: "wiecie, jak to jest być krytykiem, tyle się tego słucha... Posłuchałem ze dwa razy..." (pewnie zobowiązania od wytwórni, hehehe). Sorry, gościu, jak wydajesz opinie po dwóch niedbałych posłuchaniach, to zejdź mi z oczu i uszu. Ten wtręt ma generalnie Was przekonać po pierwsze, że w Porcysie nie ma lewizny i jesteśmy bigger, better, faster, more, a po drugie, że nowe MoB w moim odtwarzaczu gości często.

Wracając do porównań między Sonic i MoB, pisałem już w poprzedniej rekapitulacji o bardziej pokomplikowanych dźwiękach ekipy Thurstona w kontraście do rozpędzonej hej-do-przodu, kolczastej maszyny The Obliterati (chociaż Rather Ripped na tle innych produkcji Sonic jest wyjątkowo "konkretne"). Wysnułem wtedy wniosek o różnicach w związku z pochodzeniem z Nowego Jorku tych pierwszych i z Bostonu tych drugich. Śmiała teza, może warto by jeszcze zrobić psychoanalizę muzykom, żeby sprawdzić dodatkowe wątki, ale żeby odkryć genezę zamieszczonych na płycie dźwięków w amerykańskim hard corze i punku z spoza-nowojorskich, nie trzeba męczyć siebie i innych skomplikowanymi refleksjami. Albini, Wipers, katalog Touch and Go to obszar odniesienia, zresztą powstały dzięki pierwszym wydawnictwom MoB z początku lat osiemdziesiątych (nie licząc wcześniej debiutujących Wipers).

Konkrety, drogie ziomy i ziomki: charakter całej płyty to wprawny balans między gniewną liryką a wściekłym napierdalaniem (zwracam uwagę na oczywistą różnicę między "gniewem" a "wściekłością" oraz między "liryką" a "napierdalaniem"). Utwory takie jak "13" od biedy można nazwać balladami, natomiast kilka innych ("Careering With Conviction", "Spider's Web") to minimalistyczne wyścigi w tempie 180 km/h. Ogólnie pierwsza część płyty rozpędza, a druga wyhamowuje, ale mimo że w zakresie brzmienia mamy do czynienia z monochromami opartymi na przesterowanych gitarach, jeszcze bardziej przesterowanym basie, napędzających całość niskimi tonami stóp, trochę "rozchybotanych" bębnach (porównania do Micha Mitchella i Elvina Jonesa zdecydowanie na wyrost, ale idzie to w taką free-stronę) i z umiarem użytych efektach – szczegółów i pomysłów sporo. Wychwytuje się je dzięki pomysłowym kompozycjom, wychodzącym poza prosty schemat zwrotka-refren, wykorzystujących struktury wariacyjne.

Jeszcze raz gitarzystę Rogera Millera pochwalę, bo kreatywnie podchodzi do rzeczy, oprócz przesterów jakieś tam flażolety, tu i tam glissanda, generalnie jak na muzykę a la punk to wyjątkowo wysoki współczynnik inwencji do umiejętności. No właśnie, czy mogę mówić tu o punku? Na pewno nie w takim znaczeniu, jakie nadały temu słowy gówniane (re)produkcje w rodzaju Green Day czy Offspring, bo najgłośniejsi są najbardziej winni korupcji tego stylu. Nazwa zmieniła sens i nie ma potrzeby definiować muzyki MoB w odniesieniu do martwego już terminu. Wystarczy powiedzieć, że The Obliterati pomysłowa muzyka z charakterem, raczej bez wielkich możliwości na osiągnięcie sukcesu na mojej liście płyt 2006, ale też na poziomie, który dla wielu pozostanie nie do-się-zbliżenia.

Piotr Cichocki    
31 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie