RECENZJE

Mission Of Burma
OnOffOn

2004, Matador 6.7

Jak wiadomo mniej więcej od czasów wielkiego epiku Homera powroty po latach potrafią być trudne. "Spektakularny" reunion Doorsów (XXI wieku) chwały Manzarkowi i Kriegerowi nie przyniósł, Jane's Addiction nagrali najbardziej infantylny materiał na jakich było ich stać, z rekonstrukcji w latach dziewięćdziesiątych klasycznych line-up'ów Black Sabbath i Fleetwood Mac również nic pożytecznego nie wyniknęło. Ostatnio twórczy wigor odzyskały dwie punkowe potęgi z zamierzchłych dni: najpierw Wire przypomniał o sobie serią udanych, choć niestety mocno limitowanych (do tej pory bezskutecznie poszukujemy drugiej części Read And Burn!) EP-ek, natomiast Mission Of Burma bez zbędnych zakąsek z miejsca poczęstowali nas wybuchowym longplayem.

Z dwóch klasycznych pozycji Mission, OnOffOn bliżej do debiutanckiego arcydzieła Signals, Calls, And Marches (które przy odrobinie szczęścia i kilku dodatkowych minutach, dodanych dopiero w 97 roku, mogłoby być dzisiaj rozpoznawane na równi z debiutem Joy Division, powiedzmy); bardziej krwistego i emocjonalnego niż arytmetyczny, intelektualny Vs; takiego pre-hardcore'owego, w znaczeniu Fugazi, wykopu. Owszem, nawet jeśli tego rodzaju granie od strony hardcore'owej straciło swoją świeżość gdzieś na wysokości Repeatera, a od strony punkowej zdezaktualizowało się w świetle obecnego zalewu dansowców i funkowców, mimo wszystko co tu się dzieje. Kolesie robią comeback bez słabego kawałka, ucierając nosa większości młodziaków. Jacyś licealiści z Plastic Constellations jeszcze się bronią.

Pojawia się na OnOffOn parę fragmentów zapewniających tej płycie poczesne miejsce wśród tegorocznych wydawnictw. Zadziorny, drapieżny opener "The Setup" zażera z siłą o jaką nie posądziłbym ludzi w wieku mojego wujka. Agresywne riffowanie Millera treściowo obejmuje mniej więcej pięćdziesiąt dyskografii prymitywów parających się korzennym panczurstwem, zamykając w trzyminutowej pigułce wszystko o czym mogłyby marzyć bandy pokroju 7 Godzin Snu czy Jugosławia. Natomiast ogień jakim zionie "Wounded World", z refrenowym motywem miesiąca maja, to już jest jakaś afera. Gdyby fachowcy w wielkich wytwórniach filmowych przeprosili się z uszami i skumali naładowane adrenaliną hooki wycinane przez wioślarza Mission, być może to Birmańczyków słyszelibyśmy na ścieżce dźwiękowej różnych Daredevilów zamiast Evanescence. Poważka.

Skoro już przy Evanescence, "Falling" to kolejny highlight OnOffOn. Eksponuje on "sferę duchową", przywołując formułę natchnionego punkowego anthemu w rodzaju "Fame And Fortune". "What We Really Were" i "Max Ernst's Dream" urzekają wyczuciem formy i stylu. Oba z powodzeniem podejmują próbę fuzji charakterystycznego surowego feelu Mission z czymś na kształt sentymentalnej epickiej ballady. Proporcje pomiędzy spowolnionymi gitarowymi kaskadami, melancholijnym wokalem, edytorskimi zabawami w guście Martina Swope'a i intrygującymi, delikatnymi interludiami (kapitalne chórki "What We Really Were" zdają się odsyłać wprost do "Red" z Signals) zostają elegancko wyważone. Radzą sobie też kolesie poza swoim podwórkiem. Zabawnie usłyszeć w "Prepared" szczyptę brytyjskiego liryzmu z udzialem smyków albo quasi-folk They Might Be Giants w "Nicotine Bomb". Niedopowiedzenie pozostawione we free-punkowej(?) końcówce closera sugeruje z kolei, że jeśli Mission Of Burma zechce jeszcze kontynuować przygodę, to może właśnie gdzieś w tym kierunku się to wszystko rozwinie.

Michał Zagroba    
2 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja