RECENZJE

Miracle Chosuke
The 7/8 Wonders Of The World

2003, Dim Mak 6.6

Końcówka roku. To szaleństwo. W wyniku licznych zawirowań, opóźnień i krzyżujących wykonanie założonego deadline'u przeszkód zostaje raptem kilka dni na objęcie stosu krążków z bieżącego roku. Wczoraj przytargałem do domu dwie torby i plecak napakowane foliowanymi kopertami pełnymi płyt, które krążyły w koalicyjnej dystrybucji od miesięcy. Ujmę to tak: w moim Jansporcie rozjebały się suwaki. Katalogowanie napływających w zatrważająco chorym tempie albumów zajmuje prawie tyle samo czasu, co ich poznanie. Och, i większość z nich idzie do recenzji. Siedzimy nocami trzaskając te artykuły jak w manufakturze, dbając by nie zahaczały o masowy, pospolity sznyt. Sen jest dla lamerów; jak nawija Emigie: "Wyśpisz się po śmierci". W takich okolicznościach moja aktywność przypomina ekwilibrystycznego multi-instrumentalistę obsługującego piętnaście klawiatur wszystkimi możliwymi częściami ciała. Zwykle mam otwartych sto różnych okienek w kompie (to cud, że ten grat godny "Atari na węgiel" nie pada), słucham dziesięciu różnych płyt naraz z różnych odtwarzaczy, wstukuję znaki z prędkością zawodowej stenotypistki i generalnie chodzę po ścianach. Sporadycznie znieczulam nadwątlenie świeżości umysłu przy głupawych zabawach w podpisy, drąc się do rozkręconego na full regulator "Hey Ya!", oraz dzięki rozmowom na gg z pewną koleżanką, której odmówić się raczej nie da. Mpphh. Definicja "podzielności uwagi" ulega przeobrażeniu.

W tym ledwo ogarnialnym chaosie wydarzeń wygarniam z szafy debiutancką EP-kę Miracle Chosuke, The 7/8 Wonders Of The World. Atak sucho rzężących, odhumanizowanych gitar drażni wyalienowaniem. Maniacka maniera kolesi zagania oddech. Ich zbliżenie ("karta zbliżeniowa") do nowofalowej materii zdradza potężne uzależnienie od mechanicznego plastik-punku Devo. Podobnie jak ci osławieni prekursorzy, sekstet z Costa Mesa w Kalifornii konstruuje pogięty, wyszpachlowany, lecz zadziwiająco przyswajalny spazz-core. Surowe, wartko rozrysowane, wykonane bezbłędnie ćwiczenia stylistyczne z pogranicza najtrudniejszych technicznie zakątków new-new-wave brną w pogmatwanie. Wszystko brzmi jak na przyśpieszeniu, nie pozwalając zrezygnowanemu, poczciwemu gnojkowi w słuchawkach na reakcję w czasie rzeczywistym.

Żartobliwie (w kontekście nietypowych metrów) zatytułowane The 7/8 Wonders Of The World zawiera dziewięć indeksów i trwa tylko czternaście minut. "Gonk" transformuje matematyczne układy gitar w zapętlony post-core in the vein of Polysics ze szczyptą luzu brudnego Pixies. (Panika wokalna Blacka obecna jest w głosie Jasona Silena dość regularnie.) "Do What You Pay Me For" z tym zimnym syntezatorem wygląda jak hiciorski hołd dla Devo. "Clifton" to czysty spazz-rock odarty ze zbędnego tłuszczu. "Clap" ignoruje brak przewodniego zaczepienia harmonii, chwiejąc się pędzącymi na oślep obiegami wiosła. "4-3-3" skacze z miejsca na miejsce, operując limesami dynamiki. "Vallejo", i uwaga, pierwszy widomy znak czerpania z King Crimson, gdzieś z okolic Vrooom o skręconym na piecu przesterze, by powrócić do keyboardowej, futurystycznej plazmy i gnębiących ostinat basowych. Rytmika środkowego Brainiaca ogarnia "Francine", zanim Gerchik i Miller nie wycinają jednego z najbardziej kretyńsko podniecających, debilnych mostków. Genialne! Industrialny background "Loop" ociera się znów o punk na proszkach na rozwolnienie. Wreszcie, ślicznie ukuty closer "Nemesis" na 5/4 składa otwarte podziękowanie tytułowemu nagraniu z Discipline, co mówi znacznie więcej niż tysiąc słów użytych do opisania tej muzyki.

Tych dziewięć króciutkich zasraniutkich schizofrenicznych szkiców: one świetnie oddają stan roztargnienia w paranoicznym natłoku zajęć. Podczas gdy inni ubierają choinkę, ja doznaję przy Miracle Chosuke.

Borys Dejnarowicz    
22 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy