RECENZJE

MillionYoung
Replicants

2011, Old Flame 6.0

Ostatnio długo rozmyślam nad kondycją chill-gry i chyba już wiem, czego w tej całej otoczce brakuje mi do pełni szczęścia – iskry kontrowersji, źdźbła napinki, odrobiny hardkoru – jednym słowem "ŻYCIA". Chillwave'owcy to chyba tacy smutni panowie, którzy zamiast ruszać w piątki na dupcing wolą siedzieć i słuchać tych swoich 80sowych kaset jakby miało to mieć jakikolwiek sens i może właśnie dlatego mam do ich muzyki tak wyraźną słabość. Mike Diaz zdaje się być dokładnie takim typem – gdybym chciał się czepiać, to powiedziałbym, że "rok już minął i ktoś tu zginął", bo pochodzący z Florydy muzyk wyjątkowo długo kazał nam czekać na debiutanckiego longplaya i wielu zdążyło w tym czasie postawić na nim krzyżyk.

Może i trochę przesadzam, ale celowo, bo co w nasze życia wnosi kolejna fajna, nieinwazyjna, ledwie szóstkowa płyta? Tym bardziej jeśli mówimy tu o gościu z takim potencjałem, bo pozwolę sobie przypomnieć tym, którzy zapomnieli, że highlighty Be So True EP odstawałyby na Causers tylko odrobinę, a to jeden z mocniejszych komplementów jakie można sobie wyobrazić w przypadku tego typu grania. Więc co nowego oferuje Replicants w temacie chill-gry? Właściwie to nic specjalnego, bo my te jego nostalgiczne synthy wspierane gdzieniegdzie gitarą zdążyliśmy już bardzo dobrze poznać, zatem w tym przypadku ciężko mówić o jakimkolwiek songwriterskim progresie. Tak, te jego patenty bywają interesujące, ale gdzieś do trzeciego tracka utrzymanego w tym stylu, bo ile można... Ciekawym wyłomem w tej całej sentymentalnej papce jest "001", numer z "prawdziwie rockowym pazurem", lekkie puszczenie oka w kierunku sierot po przystępniejszym shoegaze'ie z lat dziewięćdziesiątych. Jeśli Diaz częściej miałby na siebie taki pomysł, to byłoby ciekawiej, bo melancholie, smęty i smutki to ja jestem w stanie znieść maksymalnie w formie zwartej EP-ki, regularny longplay utrzymany w tym klimacie po prostu nuży. Muzyce MillionYoung dobrze robi też eksperymentowanie z marginalizowaniem roli wokalu, tak jak chociażby w "Forerunner", bo Mike i jego senna barwa są niemal tak przewidywalni jak Zbigniew Wodecki i jego noty w Tańcu Z Gwiazdami. Oczywiście, pewnie w innych okolicznościach przyrody bardziej przemówiłoby do mnie takie "Perfect Eyes" albo mocniej doceniłbym tani sentymentalizm "Sentimental" (!), ale jest środek sesji i wybaczcie, ale lepiej mi się słucha hardkorowego radomskiego rapu. Nie do końca zdradzam jednak "moich ludzi", bo jestem przekonany, że w innych warunkach przyrody odbiór debiutu MillionYoung może być tylko lepszy.

O ile jeszcze rok temu Bundick w hipotetycznej rozmowie z Diazem mógłby, parafrazując Hłaskę, powiedzieć "chillwave'owcami jesteśmy, szlachetnie z naszej strony", tak w lutym 2011 sytuacja wygląda zgoła inaczej. Chaz skręcił w stronę trochę innego grania, ale ciężko mu się dziwić, bo za sprawą Causers Of This poniekąd "wyczerpał temat", natomiast sympatyczny Mike z Florydy pogrąża się zaledwie w solidności. Czy to dobrze, czy to źle – oceńcie sami, wiadomo, że nie wszystko Toro co się świeci i albumy takie jak Replicants są najzwyczajniej w świecie potrzebne, ale wracanie do nich może jawić się jako strata czasu.

Kacper Bartosiak    
7 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2017: Polska muzyka
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #5