RECENZJE

Mike Ladd
Nostalgialator

2004, !K7 6.8

Nowe słowo ostatnio krąży po sieci: "wyciosany". I pewnie nikogo nie obchodzi ile ma wspólnego z ciosaniem, za to zaczynam się przejmować o jego związek z Nostalgialatorem, ubiegłorocznym albumem Mike'a Ladda (któremu, mimo opóźnienia i kolejnej płyty w sklepach, należy się kilka słów zwracając uwagę na jego wysoki poziom i otarcie się o poczekalnię do podsumowania ubiegłorocznego). Słowo samo w sobie średnio urodziwe, za to czynnik wartościujący w nim zawarty mówi naprawdę dużo, kiedy skupimy się na "desygnacie", miast estetycznych spekulacji nad nim. Bo oto Mike Ladd (kojarzycie Majesticons?, bo to on; a Infesticons?, bo to też on) wydał sobie w 2004 płytkę, która nikim pewnie nie wstrząsnęła, za to była bardzo dobra, soczysta i niemożliwie przyjemnie się jej słuchało. Zostawiając za sobą niewybredne opisy, Nostalgialator zawierał energetyczne, wypchane ostrymi riffami hip-hopowe napierdalatory na mocnych bębnach i stonowane, luzacko rozmywające się chwytliwe mgiełki (ściankowa nomenklatura pasuje jak ulał).

Introducing the first official post-futurist vehicle – the Nostalgialator, oznajmić muszę, iż zaledwie jeden track zasługuje tu na miano wypełniacza – spokojniejszy utwór tytułowy (plus ewentualnie ostatni "Sail Away Ladies" ze swoim country na bicie, w którym ścina się trawnik). Reszta z kolei to futurystyczna dawka post-hip-hopu, z gdzieniegdzie przesterowanymi nawijkami Mike'a, skwaszonymi gitarami i rytmiką jak oldschool zorientowany na XXI wiek. I jest tu kilka paradoksów, wizjonerskich ujęć starych tematów, jak choćby zgrzytliwy, a jednocześnie przesycony pozytywnym klimatem "Housewives At Play" zgadnijcie o czym, czy bonanzowy pęd (taki szybki, nie taki dzikozachodni) spoconego emce Ladda w "Wild Out Day" (zwłaszcza rozpęd zakończony tytułowym zakrzykiem w okolicach "Spiderman with no Spidey sense / A Batman lights with no bats around / Wild out day! / Wild out day!"), zatrzymany następującym "How Electricity Really Works", jumpin' light to light. Jest też zalatujący Prefuse'm (subtelnie) "Learn To Fall", gdzie glitchowe mini-trzaski spajają prosty bit i pogłosy w tle z udelikatnionym flow autora albumu. Więc jest to krążek wyciosany, i bardzo świeży, zresztą czego innego się po kolesiu spodziewać. Z takim w sumie śmiesznym kęsem na koniec: "Tra la la bamboozelat multiculti acni skin / Cream lightening bounce Beyonce / Amalgamator-post-Afterfuture afro-cubist-blackhole-picasso-orient-bent / Incubator of all our airwave tchotchkes / Bye-bye", który niech będzie wizytówką albumu (a fragment to utworu "Afrotastic").

Mateusz Jędras    
29 kwietnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy