RECENZJE

Miguel
Wildheart

2015, RCA / Bystorm 6.4

"In my daddy’s car / It’s you I really wanna drive" – kojarzycie te linijki? Jeśli nie, to chyba czas najwyższy na korki z popkultury, albo przynajmniej przyśpieszony kurs z twórczości Prince’a. Ten sprośny dwuwers to oczywiście cytat z openera Dirty Mind, płyty o tytule bodaj najsugestywniej z całej opasłej dyskografii Księcia oddającym jedno z jego głównych źródeł natchnienia, jakim niewątpliwie był i pewnie nadal jest seks. Wyuzdana, seksualna obsesja Nelsona, wielokrotnie bezpardonowo łamiąca tabu i przybierająca niekiedy obscenicznie dosłowne formy, szokowała i szokuje zapewne do dziś – daję się pociąć, że kawałki takie jak "Sister", "Cindy C" czy właśnie "Dirty Mind" wywołały w internetach niejeden soczysty shitstorm, że nie wspomnę już nawet o słynnych obleśnych okładkach, pozostających po dziś dzień synonimem złego smaku i źródłem lolcontentu.

Nie piszę tego, by rzucić jakże zaskakującą (choć obecną w 90% tekstów o Wildheart – mind that) konkluzję o przeprowadzonej za pomocą "The Valley" próbie zamachu Miguela na dożywotnio zarezerwowany dla Księcia tytuł popowego seks-bóstwa. Każdy dureń wie, że gdyby nie Prince, Pimentel prawdopodobnie zostałby księgowym, ochroniarzem albo, nie wiem, sprzedawcą klapków, więc rezygnujące z eufemizmów teksty w stylu "I'm your pimp, I'm your pope, I'm your pastor baby / Confess your sins to me while you masturbate" nie są ani zaskakujące, ani specjalnie poruszające. Czy kogoś obchodzą fantazje erotyczne namecheckujące kalifornijską branżę pornograficzną w 2015 roku, w dobie szybkich numerków i sex-friends, w świecie, w którym skrajny hedonizm jest już w popkulturze oswojony w takim stopniu, że część twórców zaczyna rozglądać się za jego granicami (patrz: Wstyd, Spring Breakers, druga część Nimfomanki)? W takich okolicznościach Miguel nie zostanie żadnym seks-kaznodzieją (tak, naprawdę gdzieś użyto takiego określenia, chociaż jego obleśny wydźwięk dobrze koreluje z równie obrzydliwą okładką), bo nie ma na to zapotrzebowania, każdy w kilka minut może wygooglować sobie swój własny, wyidealizowany latami rozwoju oprogramowania graficznego obiekt westchnień. W przeciwieństwie do lat 80., dziś perspektywa nadawania uniwersalnych tytułów "symbolu seksu" czy "ideału piękna" jest zdezaktualizowana i niemodna. Tak przynajmniej sugeruje rozsądek, chociaż większość recenzji Wildheart twierdzi inaczej.

Ale czy warto w ogóle brać te recenzje na poważnie, skoro notorycznie pojawiają się w nich porównania do innego wyznawcy Prince’a, D’Angelo? Co – oprócz zaciągniętego u Księcia długu i wyraźnej rehabilitacji gitary jako środka wyrazu – ma wspólnego zaangażowana społecznie, mistyczna wizja Archera na Black Messiah z miłosno-indywidualistyczną kreacją Wildheart? Nie mam pojęcia, ale zatrzymajmy się na chwilę na słowie "kreacja", bo właśnie ono zdaje się być kluczem do najnowszego wydawnictwa Pimentela. W rozmowie z Rolling Stone artysta powiedział: "This time it was like I finally want to have an identity as a tastemaker, as someone who's ahead of the curve, someone who's intellectual, someone who's striving to push the boundaries, someone who's ever-growing and evolving, someone who's open-minded.". Jeszcze kilka lat temu mówiono o nim jak o ucieleśnieniu skromności, a tu bez krzty krępacji wygaduje takie cuda. Dodajmy do tego cyrki z Grammy sprzed trzech lat i demonstracyjne dissowanie Franka Oceana i dostaniemy obraz gościa płonącego z obsesji. Symptomatyczne, że przedostatni na playliście "leaves" inkorporuje genialny riff z "1979" Smashing Pumpkins, utworu, który po latach brzmi jak chwilowe zerwanie się Billy’ego Corgana z łańcuchów ambicji zostania głosem generacji. Bo czy nie takie (choć, rzecz jasna, o znacznie mniejszej skali oddziaływania) właśnie ambicje przejęcia kulturowej pałeczki od swojego nowojorskiego rywala przejawia tekst "a beautiful exit", openera Wildheart? "Speeding through all of these red lights, fast life / Dreaming a beautiful exit / We're gonna die young". – czy to nie brzmi jak manifest?

Miguel jednakowoż nigdy Oceanem nie zostanie. Po części dlatego, że nie wzbudza zaufania (osobiście wyczuwam tu małe wizerunkowe szalbierstwo), ale głównie z bardziej prozaicznych powodów: wbrew obiegowej opinii daleko jego najnowszemu dziełu do poziomu Channel Orange, genialnego muzycznie albumu, który przy okazji wprowadził r&b na zupełnie nowe tory i – jak już zostało powiedziane – rzucił rękawice maskulinistycznie zorientowanemu środowisku hip-hopowemu. Na Wildheart Pimentel odgrywa rolę zagubionej jednostki, która szuka swojego miejsca, niebojącej się mówić o tym, co ją trapi, a co fascynuje, upozowanej na barkach wielokrotnie przemielonych przez popkulturę motywów inności i samotności w tłumie, ale robi to w mojej ocenie dosyć tandetnie, co widać jak na dłoni w zawalonym truizmami "what’s normal anyway", bodaj centralnym (dosłownie i w przenośni) utworze płyty. Nie ma tu żadnych zmieniających życia punchline’ów, a rozbuchanie płyty, przypominające casus My Beautiful Dark Twisted Fantasy (a także rozbuchane wypowiedzi Miguela w wywiadach czy na Twitterze), nie ułatwia wspomnianego zaufania – tak, zdecydowanie Miguel Frankiem Oceanem nie zostanie.

Cała ta napompowana otoczka i dyskusja wokół tego albumu nie przeszkadza mu jednak w byciu dobrym, choć nierównym wydawnictwem. Co ciekawe, Miguel w większości utworów udzielał się nie tylko jako songwriter, ale również za konsoletą producencką, za co tym bardziej należą się brawa. Pimentel stworzył tu wizję gitarowo-entuzjastycznego i bogatego brzmieniowo r&b, co może nie jest samo w sobie zbyt odkrywcze, ale efekt bywa bardzo mocny. Jest też całkiem różnorodnie. Brudny, glamowy riff przytaczanego wcześniej "a beautiful exit" z początku brzmi dosyć topornie, ale przy ekstatycznym wybuchu refrenu wszystko zaczyna nabierać takich kształtów i barw, jak należy. W "DEAL" z kolei gitarową robotę dopełniają liczne trzaski i syntezatorowe podśmiechujki, co brzmi ostatecznie trochę jak Jagwar Ma, a trochę jak Timba circa Loose. Singlowe "coffee" – urocza, rozkołysana na pulsującym basie oda do "poranka po" – prezentuje bardziej konserwatywne, najntisowe r&b (podobnie jak "what’s normal anyway") i jest być może moim ulubionym kawałkiem w zestawie. I w zasadzie można tak się bawić dalej – "NWA" z gościnną nawijką Kurupty wybija się nieco pharrellowskim bitem i miarowymi szarpnięciami strun w stylu "Rumble" Linka Wraya, "FLESH" uderza bliżej tonów FKA twigs, a rozkrzyczane "waves" zaśpiewane jest z żarliwością jakiegoś Jamesa Browna, co już stanowi wartość samą w sobie

Niestety są tu też piosenki nieporównywalnie słabsze i do tej grupy zaliczyłbym trzyakordowe, pokraczne kolabo z Lennym Kravitzem "face the sun", "Hollywood Dreams" z riffem zainspirowanym chyba Unknown Mortal Orchestra, lecz zdecydowanie zbyt pompatycznym, i "leaves" – wspomnianą wariację na temat "1979", którą Miguel odziera z mitologii i wplątuje w kontekst nudnego, wypranego z dramaturgii break-up songu. Bywają również takie, którym wyraźnie czegoś brakuje, jak choćby ten osławiony erotyk, "The Valley", z ciężkim, post-triphopowym bitem, odsyłający do rozczarowującej twórczości Weeknda. Ale ogólnie nie ma co sapać: uśredniając – tak samo jak przy Kaleidoscope Dream – jest po prostu dobrze, choć przy lepszej selekcji album zdecydowanie by zyskał. Na końcu – korzystając z faktu, że ten akapit jest krótszy od pozostałych, a ja jestem pedantem – chciałem odpowiedzieć kilku moim znajomym, którzy w ostatnich dniach próbowali mnie przekonać, że Wildheart to wielki album. Sławku – Wildheart nie jest tegorocznym Channel Orange; Ewka – tym bardziej żaden z Miguela Yeezus, żaden Czarny Mesjasz; Maćku – ech, Maćku... obiecuję Ci, że kiedyś w końcu poruchasz, byle tylko nie w samochodzie taty. To musiałoby być straszne.

Wojciech Chełmecki    
3 sierpnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie