RECENZJE

Miguel
Kaleidoscope Dream

2012, RCA 6.8

Jeżeli chodzi o moje pierwsze kontakty z All I Want Is You (debiutem gamonia),przyznam się uczciwie: pamiętam niewiele. Ot jedna z wielu płyt, których słuchałem w 2010 roku i które nie zrobiły na mnie kompletnie żadnego wrażenia. To było r&b w pewnym stopniu zanurzone w emocjonalności gimbusa – owszem pojawiały się tam różne – mniej lub bardziej – ciekawe pomysły w obrębie songwritingu, ale Miguel jako postać stojąca za tym przekazem średnio mnie do siebie przekonywał. Pewnie, "Sure Thing" dawało radę, oprócz tego było też kilka innych wałków, które można było bez wstydu repeatować, ale, jak na gościa stylizowanego na "nadzieję r&b" , czegoś mi tam brakowało (może nadziei właśnie?). Tym większe jest moje zaskoczenie słuchając Kaleidoscope Dream – niby to tylko dwa lata od debiutu, a czuję się jakbym obcował z zupełnie innym człowiekiem.

Ten "rozwój" Miguela dokonywał się właściwie na naszych oczach. Z każdą kolejną odsłoną tegorocznych EP-ek Art Chic , typ pokazywał sporo interesujących rozwiązań, które znalazły przełożenie na brzmienie tego pełnowymiarowego albumu. Oczywiście jego tracklista w dużej części czerpie z tego, co pokazał na tych mini-wydawnictwach, ale niemal w każdym przypadku mamy do czynienia z pewnym świadectwem ewolucji tych pomysłów. "Adorn", niezmiennie jedną z najmocniejszych singlowych petard tego roku, znajdziecie tu w wersji ubarwionej o pasujący do reszty kompozycji mostek i imponującą próbkę wokaliz pod koniec. W "Candles In The Sun" słychać z kolei zupełnie inny podkład – ten agresywno-dresiarski z EP-ki ustąpił miejsca czemuś bliższemu ostatnim dokonaniom Franka Oceana. Nie muszę mówić, że ta wersja z Kaleidoscope Dream przemawia do mnie o wiele bardziej – to jest poziom highlightów z Channel Orange i jedyny moment albumu, w którym Miguel zapuszcza się w te strony i pokazuje, że gdyby chciał, to i tu mógłby trochę porządzić. Może to jakiś zwiastun tego, w którą stronę pójdzie w najbliższych miesiącach? Chciałbym coś takiego usłyszeć.

Inny mocnym momentem tej płyty jest na pewno "Use Me" – tu posłużę się celnym komentarzem z Internetu: "I'm glad real R&B still exist. Shit like this gone make another baby boom". Ciekawym i nieco kontrowersyjnym wyborem na kolejny singiel z tej płyty jest niewątpliwe "Do You..." – dla mnie to nie jest do końca singlowy numer, ale na pewno rewelacyjny album track. To w połączeniu z tematyką (refren z pytaniem, czy lubisz narkotyki w 2012 roku, poważnie panie Pimentelu?) nie tworzy jakiegoś do końca spójnego obrazu, który miałby szansę na podbój list przebojów. Chociaż sprawę przesądzają detale – przecież to co pocina tu bas... To są świetne rzeczy, Prince by się ucieszył. Nic tylko afirmować takie zagrania. Zresztą bas kradnie też uwagę w "How Many Drinks" i "What's The Fun In Forever" – takie hołdowanie klasyce r&b rozumiem i wspieram, na ile tylko pozwala mi zdrowie. Nie mówiąc już o tym, że zwłaszcza w tym drugim utworze Miguel kolejny raz udowadnia, jak zdolnym jest wokalistą.

Tak jak napisałem wcześniej – to mimo wszystko inny gość niż na debiucie. "Mimo wszystko", bo, oprócz zdecydowanej większości tracklisty na naprawdę listowym poziomie, znajdziecie tu takie "Don't Look Back" – jasne, oldschoolowy vibe jest w porządku, ale tu dzieje się faktycznie niewiele i w żadnym wypadku nie wykracza to poza typową sztampę. Kontrowersyjnym nawiązaniem do "Miguela z debiutu" jest też "Pussy Is Mine", które bawi mocno, ale muzycznie w ramach ograniczonych środków wyrazu sprawdza się naprawdę bez zarzutu. Fajne minimal r&b, szkoda, że tematycznie zahaczające o "śmieszne mp3" z rejonów Slick Mahony'ego.

Ale nie będziemy się oszukiwać: ogółem jest naprawdę bardzo dobrze. Bez dwóch zdań Kaleidoscope Dream to jedna z najlepszych tegorocznych pozycji zahaczających o r&b. Sam Miguel z dnia na dzień stał się jedną z najlepiej rozumiejących współczesne realia postaci i to dobrze wróży na przyszłość – zarówno jego, jak i całego gatunku. Nie wątpię, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i że to dopiero początki pana Pimentela w naszej drużynie, gdzie w perspektywie kilku najbliższych lat ma szansę stać się jednym z głównych rozgrywających.

Kacper Bartosiak    
17 października 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie