RECENZJE

Migos
Culture II

2018, Quality Control / Motown / Capitol 5.6

Natknąłem się ostatnio na filmik The AtZ Show, w którym Rami Mahdi, aby lepiej wyjaśnić fenomen Lil Pumpa, przyrównał go do McDouble. Parafrazując: McDouble raczej nie jest najlepszym burgerem jaki serwis McDonalds ma do zaoferowania. Ale być może klienci, którzy go kupują i jedzą, wcale nie pragną najlepszego burgera. Potrzebują raczej czegoś taniego, szybkiego i łatwego do zjedzenia. Można to zjawisko luźno przełożyć na pole tzw. "mumble rapperów". Są to artyści chaotyczni i nieporządni. Nie operują swobodnie językiem i rymami jak Kendrick czy Rakim. Nie wciskają na siłę swoich poglądów politycznych do utworów tak, jak robią to Prophets of Rage czy ostatnio (ech) Eminem. Nie intrygują swoim storytellingiem jak Danny Brown czy Slick Rick. Ale z drugiej strony być może nie powinniśmy tego od nich oczekiwać. Bo, tak jak McDouble, nie muszą być najlepsi. Tworzą muzykę dla mas. Celują w sukces komercyjny, a nie artystyczny. Tylko teraz pytanie, jak by tu ich na tej podstawie oceniać.

Migosi za sprawą imponującego marketingu stali się chodzącą instytucją. Trendsetterami na światową skalę, symbolem trapu z Atlanty i triolowego flow żywcem zerżniętego z Three 6 Mafia. Pochwałom zeszłorocznego Culture nie było końca (także u nas, a to już coś znaczy). Album chyba aż za dobrze sobie poradził, bo zamiast otworzyć nowy rozdział w karierze, raperzy zdecydowali się na sequel. A wiecie jak to z sequelami jest. Na każde Imperium Kontratakuje przypadają tysiące Szczęk II. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Culture II to posunięcie czysto PRowo-marketingowe. Bo przecież skoro tamten album był tak niebywałym sukcesem, to przecież grzechem byłoby z niego nie czerpać. Niewątpliwie pierwsze co się rzuca w oczy, to DŁUGOŚĆ albumu i ILOŚĆ utworów. Słuchanie Migosów przez niemalże dwie godziny może ugiąć nawet największego fana. To trochę jak słuchanie AC/DC czy Ramonesów. Utwory przyjemne, pełne energii, dobrych hooków. Tylko nie bez powodu debiut tych drugich trwa zaledwie dwadzieścia dziewięć minut. Pozostawienie lekkiego niedosytu wydaje się być bardziej wartościowe, niż popadnięcie w skrajny przesyt. W erze playlist większość słuchaczy i tak wybiera konkretne utwory z albumu i odrzuca resztę. Dla mainstreamowych graczy (którymi Migosi teraz niewątpliwie są) wyjście z założenia, że jak się zaleje słuchaczy piosenkami, to i tak wybiorą sobie swoje ulubione, jest po prostu business planem. I to wyjątkowo przerażającym.

Choć wyjątkowo łatwo zrazić się do longplaya, warto jednak dać mu szansę. Jak się poszpera i poprzebiera, można zebrać wystarczająco dużo perełek, aby stworzyć całkiem strawny kąsek. Singlowy, polirytmiczny "Stir Fry", wyprodukowany przez Pharella, jest dezorientującym labiryntem dźwięków i ekscytującym odejściem od trapowego schematu. Każdy z raperów podchodzi do zwrotek na swój własny, oryginalny sposób. Podczas, gdy Quavo powoli rozwija swoją część melorecytując, wers Offseta jest niczym strumień ognia. Innymi wartościowymi momentami są "Narcos" z kiczowatym "Arriba!" i "Open It Up", w którym niepokojący podkład organowy stanowi idealne tło dla gwałtownych, staccatowych linijek tria. Największe zaskoczenie stanowi "Made Men", najbardziej chilloutowo-lounge'owy utwór w zestawie, z bitem przywołującym na myśl Kendricka z czasów Section 80. Umówmy się: reszta Culture II nie jest absolutnie bezwartościowa. Tylko aby ją docenić, polecam przyswajanie małymi dawkami, z większym stopniem zróżnicowania między poszczególnymi utworami (inaczej mówiąc, tracklista jest do bani). Inaczej poczucie repetycji i autoplagiatu podczas słuchania jest niemalże nieuniknione.

Na nieszczęście dla Offseta, Quavo i Takeoffa, dane jest mi oceniać ich album jako całość, a nie jako zbiór wyselekcjonowanych utworów. Inaczej z pewnością album dostałby wyższą notę. Świetne utwory giną wśród tej niewyrazistej, auto-tune'owej brei złożonej z oklepanych patentów. Monotematyczność w tekstach też robi swoje. Naprawdę nie wiem, jak jeszcze można zinterpretować linijki o money, cars, bitches & hoes. Mimo tych licznych negatywów, słuchanie nawijek Migosów nadal sprawia frajdę. Niewymuszoną i odstresowującą. Bo przecież każdy czasem potrzebuje szybkiego burgera.

Adam Kiepuszewski    
21 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie