RECENZJE

Mietall Waluś Magazine
Mietall Waluś Magazine

2007, Sony BMG 0.9

Mam raczej tak, że emocjonalnie przywiązuje się do muzyki i najczęściej nie wychodzę na tym za dobrze. Weźmy na przykład koncert Red Hot Chili Peppers w Chorzowie. Pojechałem tam mając w pamięci ich, przynajmniej, dwie płyty słuchane przeze mnie na kolanach, a zapominając o odstawianej od kilku lat żenie. No i stałem tak na łuku stadionu, a z kawałka na kawałek robiło mi się coraz bardziej głupio.

Nie muszę jednak sięgać aż po wykonawców zza Oceanu. I chociaż będzie to dużo mniejsza skala, a więc i mniejsze rozczarowanie, niech będzie Mietall Waluś. Chciałem pamiętać go jako współtwórcę jednej z najważniejszych polskich płyt ever i lidera interesującej grupy świeżo po obiecującym debiucie. A tu ukazywały się kolejne albumy, życie rzucało kłody pod nogi, a ja wygłaszałem defensywne opinie, na które dziś patrzę z politowaniem. Sprawa jest jasna, od wydania w 2004 roku płyty Pamiętaj Mietall wykazuje zadziwiającą konsekwencję w twórczym staczaniu się. Końcówka bieżącego roku przynosi, moim zdaniem, ostateczny koniec muzyka z Mysłowic i apogeum jego upadku.

Waluś próbował już zrobić lekki gitarowy hit ("Mam To Co Chciałem", później "Alone") i szukał szczęścia w "supergrupie" Penny Lane. Skoro nie wyszło nic z zostania rockową gwiazdą, stwierdził, że przyszedł czas na szukanie szczęścia i sławy w muzyce elektronicznej. Od początku wyglądało to bardziej na chłodną kalkulację niż potrzebę serca. Żeby odzyskać choć odrobinę zszarganej kompletnie opinii, zatrudnił poważanego i szanowanego przez słuchaczy i dziennikarzy Szymona Folwarcznego (Stealpot) w roli producenta. Tak powstała płyta Mietall Waluś Magazine.

Informacja prasowa mówi o tanecznych rytmach, inspiracjach breakbeatem, drum'n'bassem, elektro i trip hopem. Bardzo ładnie to wygląda, ale niestety tylko na papierze. Bowiem minusy wydawnictwa można mnożyć w nieskończoność. Zacznijmy od tego, że Mietall ma bardzo charakterystyczną barwę, którą trzeba umieć należycie wykorzystać i o ile w miarę sprawdzała się ona przy standardowym, rockowym instrumentarium oraz melodyjnych kawałkach to tu, w przypadku rytmicznych kawałków na loopach, zbyt często ocieramy się o autoparodię. Krótka piłka – jeśli się nie ma do czegoś predyspozycji to się nie powinno tego robić. Tyle.

Podobnie, i tu zarzut numer jeden, wygląda sytuacja z tekstami. Żadna to nowość, bo chyba o niewielu polskich tekściarzach pisano równie często w kontekście grafomanii, co o Walusiu. I nawet nie chodzi o bzdury, jak te z piosenki "Jak Dali I Picasso" – "Zostałem namalowany przez młodego malarza / On chce być jak Dali i odważny jak Picasso" oraz "W lewym dolnym rogu ukrył się pluszowy miś / I patrzy jednym okiem kto znowu chce go zbić". Na tę okoliczność, szukając odpowiedniego określenia przeglądałem słownik PWN–u. Kluczowe są dwa słowa:
"Grafomania – pisanie utworów literackich przez osoby pozbawione talentu"
"Demencja – stały, postępujący spadek sprawności intelektualnej"

Wypisz, wymaluj liryki Walusia. Nie rozumiem tylko, jak można nie czuć wewnętrznego obciachu wypisując androny o poznawaniu czyjegoś ciała w "klubie rock & rollowym", "Moich Twoich Schizach Paranojach", czy żałosnych próbach zaangażowanego społecznie tekstu w "Psheyebane". Jest też zgodnie z tradycją ("Nie Udawaj"), diss na tych, którzy nie szanują Mietalla w piosence "Szczur Król". Nawet najlepsze (choć to mocno naciągane określenie) teksty na płycie są, co najwyżej ledwo do przełknięcia. Może wreszcie czas dać sobie spokój?

Muzyczne jest zbyt monotonnie, jednostajnie, zbyt płasko, a zestawienie niektórych loopów, natchnionego syntezatora z pudłem tchnie cukierkowością. Podobnie od czapy wydaje się w tym przypadku połączenie elektroniki z banalnymi gitarowymi zagrywkami. Odrobinę ciekawiej robi się w momentach, gdy wchodzi klawisz, bądź trąbka, ale ogólnie tchnie to tworzeniem od niechcenia na kolanie i jakimiś kuriozalnymi odrzutami. Tyle, że tę płytę mógłby wyprodukować sam Timbaland i to w najwyższej formie, a i tak obecność Walusia, niczym czarna dziura wyssałaby z materiału cały potencjał.

Sprawa jest jasna – Mietall Waluś Magazine jest gwoździem do trumny, punktem granicznym i pigułką nie do przełknięcia dla choćby przeciętnie ogarniętego słuchacza. Zresztą – sześć płyt to i tak o wiele za dużo. Wystarczająco, by doszczętnie stracić twarz.

Marek Fall    
12 grudnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja