RECENZJE
Midnight

Midnight
No Mercy For Mayhem

2014, Hells Headbangers 6.6

Uwaga! To daleko poza naszą comfort zone . Tu nic nie rozwija się jasno i tak już pozostanie. Trzeba pozbyć się wrażenia, że da się utrzymać nad tym jakąkolwiek kontrolę. Midnight to rzeczywiście zespół-fantazja – archetyp podziemnej załogi, grupa zamaskowanych asasynów, która, jak Klaus Kinski, nigdy już nie zyska w pełni naszej akceptacji. Bo co to właściwie za chimery? Jak sen o lataniu, gdzie właśnie zaczynasz spadać na podłogę najeżonych gwoździ. Jak marzenia o kajdankach i dominacji, które za chwilę przerodzą się w bolesny (dla ciebie, kolego) snuff film. Ukryte pragnienia? Coś na podprogu? Baaaang! Coś paznokciami wbiło się głęboko.

To nie rubryka Show No Mercy. Gdy wydawało się, że jesteśmy bezpieczni, że dobrze się rozumiemy – wspólnie poczytamy Moby Dicka, a ktoś zacytuje Thoreau – nagle zjawili się oni, barbarzyńcy, którzy nie zgrywają już porządnych chłopców. Singiel "All Heil Hell" wstrząsnął czarnym rynkiem, półświatek chwiał się przy "Black Rock'n'Roll" i "Berlin Is Burning", a prawdziwa godzina Midnight wybiła wraz z bezkonkurencyjnym w swej klasie debiutem, który stangretów zmienił z powrotem w szczury, a eleganckie tam toalety w zwyczajny miejski szalet. Karaluchów dłużej pod poduchy nie dało się upchnąć. Rozlazły się jak plaga. Black Flag i Venom, Black Flag i Venom. Na dzielnicy nowa arystokracja, nowa "rasa panów", bo Jamie Walters i koledzy nie chcą zgrywać poetów-przez-błaznów, lecz przenoszą zabawę na jej pierwotny grunt. Kiedy w trasie Walters zmienia swój projekt w power trio, następuje jedno wielkie przemieszanie , jakiś fight club – karnawał u wrót piwnicznego piekła, jakby ludzie zaraz mieli wybrać biskupa głupców i obwozić go na świni po co ciemniejszych zakątkach miasta.

Porównałbym Midnight do kina exploitation: "wynaturzenie, krew, okrucieństwo, niskie i podłe instynkty, perwersje, tematy wulgarne i prymitywne" (czytam oczywiście ze słownika Kopalińskiego) budują tutaj spójną muzyczną i tekstową narrację. I choć z naszej perspektywy jest to "ostatni dom po lewej", to chyba świadomością konwencji bliżej mu już do Krzyku. Nie można się nie uśmiechnąć, widząc jak Walters masakruje rozmówcę w temacie Blaculi . Zresztą, dystansu i poczucia humoru nigdy mu raczej nie brakowało. Eksploituje granice świadomie i bardzo konsekwentnie. Seksizm, pejcze, sadyzm i masochizm, rape & revenge – to w zasadzie tematyka tego tomu. Niby nie na poważnie, ale brak tego porozumiewawczego mrugnięcia okiem stanie się dla wielu twardym orzechem do zgryzienia, tym bardziej, że każda próba rozbicia integralności narzuconego nam przedstawienia, nawet dla twardych pośladków może się zakończyć niemałym bólem dupy.


Drugi album dziedziczy po Satanic Royalty większość złych nawyków. Wydaje się słabszy w highlightach, jest jednak równiejszy, niezmiennie napędzany motocyklowym silnikiem konstrukcji Lemmy'ego Kilmistera. Melodyjne intro gładko przechodzi w singlowy "Evil Like A Knife", gdzie wczesna Metallica przeciąga ubrudzony smarem łańcuch z watahą bezdomnych psów. To, co wyróżnia Midnight na tle innych grup korzystających z mody na speed metal i fascynację ejtisami to niezwykła dbałość o songwriting. O ile ziomkowie w rodzaju: Villains, Speedwolf czy Shitfucker koncentrują się głównie na cięciu brzytwą po łapach, o tyle Walters kroi swoje skrawki z szewską precyzją i pasją. Przy zachowaniu odpowiedniej skali – dawno już nie słyszałem, żeby metalowy album brzmiał tak klasycznie. Garażowa wrażliwość w pełnej krasie; Akuma No Uta albo Dopethrone (heh, Kill 'Em All) – obłędna, energetyczna demolka w nieco różnych wagowych kategoriach. To być może najlepszy metal tego roku. Jest tutaj charakterystyczna nonszalancja w podejściu do zamkniętej koncepcji LP – kończący wszystko (dołączonego dysku live nie liczę) "Destroy Tsunami's Power", pędzący na złamanie karku z założoną na szyi linką, by w razie wypadku uniknąć kalectwa, oznaczony został jako bonus, choć nie ma wątpliwości, że to właściwy finał, tak dobrze koresponduje z nieco wcześniejszym "Whiplash Disaster", który brudną strzykawką dawkuje podziemny tętent starych bogów punk rocka.

Walters zna na tym terenie wszystkie zakamarki, każdą opuszczoną rogatkę, dziwki, hulajdusze, rzezimieszków i ptaki nocy. "Prowling Leather" to właśnie taki wracający o świcie Rozpruwacz, "No Mercy For Mayhem" brzmi jak Danzig przefiltrowany przez portową wrażliwość, a przy "Woman Of Flame" ktoś właśnie przepuścił na drinka 12 patyków. Pijani w sztok utracjusze śpią słodko w rynsztoku, kloszardzi na ławce czytają w gasnącym świetle ulicznych latarni Zwrotnik Raka, dama ubrana w panterkę zwinnie przemyka chodnikiem, stukając o bruk obcasami. Bam, bam, bam. Ty w drodze do domu dotykasz ręką dudniącej skroni, przecierasz oczy, myślisz: what THE HELL just happened!?

Wawrzyn Kowalski    
9 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja