RECENZJE

Microphones
The Glow, Pt. 2

2001, K 8.6

Za pseudonimem Microphones ukrywa się jeden człowiek: Phil Elvrum. Mamy tu do czynienia z jedną z bardziej wyjątkowych postaci na współczesnej amerykańskiej scenie niezależnej. Ten młody geniusz miał już na swoim koncie kilka wydawnictw zanim rozpoczął pracę całkiem na własną rękę. Wcześniej był członkiem grup D+ oraz Old Time Relijun. Co ciekawe, w obu z powodzeniem radził sobie jako perkusista. Jednak osiągnięcia wspomnianych zespołów nie zaspokoiły wielkich ambicji Elvruma, prawdziwego człowieka renesansu (czytaj: multiinstrumentalisty), i postanowił on rozpocząć samodzielną pracę nad własnym repertuarem. Słynna anegdota mówi o tym, do jakich nietypowych zabiegów uciekał się muzyk, by osiągnąć satysfakcjonujące go, oryginalne brzmienie. Oddalone o kilka metrów mikrofony przykrywał kocami i wiadrami, uzyskując tym naturalnym sposobem unikatowy, wbrew pozorom daleki od atmosfery domowych produkcji, efekt.

Już wydany w 2000 roku It Was Hot, We Stayed In The Water, nastręczał ogromne problemy opisowe (to zadanie na szczęście przypadnie nie mnie), będąc być może jedną z najbardziej ożywczych, pasjonujących i nowatorskich rzeczy jakie się ostatnio muzyce przydarzyły. Zrozumienie przychodzi tu nieprędko, czasami po kilkunastu nawet przesłuchaniach. Jednak przybliżenie zawartości The Glow, Pt. 2, ciągu dalszego opowieści rozpoczętej na It Was Hot, również nie jest łatwym zadaniem, choć follow-up sprawia wrażenie dzieła jeszcze bardziej przemyślanego i spójnego. Przychodzi taki moment w działalności każdego recenzenta, kiedy postawiony on jest w bardzo trudnej sytuacji – nie ma zielonego pojęcia, z której by tu strony ugryźć omawiany album. Z tej niewesołej sytuacji wyjść jest kilka:

1. Zgrabne przeprowadzone oszustwo, do realizacji którego wystarczy trochę wprawy i opanowania kilku oklepanych sformułowań. Ta da.

Albo...

2. Metoda popularnie zwana łopatologią, czyli mało finezyjne przelanie na papier spostrzeżeń formułowanych na gorąco – opisz to co słyszysz i użyj kilku porównań. I tu jest pies pogrzebany. Jak opisać muzykę Microphones i do czego ją porównać? Jeśli chodzi o to drugie, sam Elvrum podaje nazwisko swojego mistrza i jednocześnie kolegi, Karla Blau, ale należy chyba patrzeć na deklaracje samego autora z dystansem. Cóż, proponuję w takim razie zostawić wszelkie ewentualne inspiracje i komparacje.

Powiem za to tak: gdybym kiedyś usłyszał przypadkowo w radiu dwa pierwsze utwory z The Glow, Pt. 2, doznanie byłoby silne i zaowocowałoby natychmiastową chęcią nabycia albumu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem do czynienia z tak cudowną, powtarzaną partią gitary akustycznej, jak w otwierającym całość "I Want Wind To Blow". W połączeniu z wokalem Elvruma i tekstem powoduje to doświadczenia wręcz transcendentalne. Powiew tytułowego wiatru poczułem na własnej skórze. Hm, genialne? Nagranie tytułowe jest niemal równie ekscytujące, co kawałek je poprzedzający. Przejście do drugiej części "The Glow" (pierwsza znajduje się na It Was Hot) to jeden z najbardziej inspirujących fragmentów płyty. Najpierw zmysły przygniata potężny, pomysłowy riff, by po chwili ustąpić powracającej zza światów gitarze akustycznej, a w tle jednostajne brzęczenie przypominające to z początku "How To Disappear". Stopniowo dochodzą różne wybuchy i wyładowania, następnie dostojne pianino; w pewnej chwili gitary ustają, pozostają jedynie organy i intrygująco przetwarzany śpiew. I doszedłem zaledwie do połowy pięciominutowego utworu.

I na koniec wspomnę o tym, co na The Glow, Pt. 2 najwspanialsze. O kapitalnych melodiach. Na tym nowatorskim albumie odnajdziemy ich mnóstwo, w większości cudownych. Może giną one trochę pod powłoką brzmieniową, pod kocami i wiadrami, przechodząc niekiedy niezauważone, a uderzająca jednorodność również sprawy nie ułatwia, ale jak już wspominałem, wydawnictwo do przyswajalnych nie należy. Po porażającym początku dalsza część The Glow, Pt. 2, mimo że nadal zachwycająca, nie jest już w stanie zaabsorbować w pełni; kolejne fragmenty nie nabierają oddzielnej tożsamości, wszystkie zlewają się w jedno. I nadal nie wiem czy to wina Elvruma, czy moja. Może takich płyt trzeba po prostu nauczyć się słuchać w całości.

Proszę mi wybaczyć ilość zachwytów nad geniuszem, nowatorstwem, świeżością i oryginalnością Microphones. Trudno jednak pozostać obojętnym na rzeczy, które, w pewnym sensie, zmieniają dotychczasowy sposób myślenia o muzyce i jej postrzeganie. W tym właśnie leży główna zasługa podziwianego przez mnie artysty i przez długi czas będę mu za to wdzięczny.

Michał Zagroba    
14 stycznia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie