RECENZJE

Microphones
Mount Eerie

2003, K 9.0

Jeśli zastanawiacie się kogo dopisać do listy najbardziej przełomowych i kreatywnych obecnie artystów, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na Phila Elvruma. Wielka postać, wielka indywidualność, wizjoner żyjący w swojej własnej rzeczywistości emocjonalnej i psychologicznej. Dźwięki wydobywane przez lidera Microphones sprawiają wrażenie próby namalowania świata idei, w którym sam na co dzień przebywa. Każdy oddech wydobyty z piersi Elvruma nabiera głębszego znaczenia, wtopiony jest w mistyczną, z naszej perspektywy, realność. Mało kto potrafi w równie piękny sposób przekazać swoje przeżycia związane z naturą i uczucie zespolenia człowieka z otoczeniem, przyrodą. A przede wszystkim, nie wykluczone, że ciepła barwa, którą posługuje się natchniony twórca, została wynaleziona właśnie przez niego, bez jakiegokolwiek mieszania – a to chyba najbardziej jaskrawa egzemplifikacja nowatorstwa.

Sam proces przygotowywania Mount Eerie wydawał się niezwykle interesujący. Chociażby fakt istnienia trzech wersji albumu – normalnej, perkusyjnej (ponoć tylko bębny) oraz a capella, zatytułowanej Singing From Mt. Eerie, czy też obecność wielu przyjaciół w znaczących rolach zwiastowały równie pochłaniający, jak w przypadku poprzednich płyt, efekt końcowy. Przypomnę, że według koncepcji Elvruma doborowa grupa muzyków związanych z K (w tym Mirah i członkowie Yume Bitsu na przykład) obdzielona została rolami, wpisującymi się w jakiś sposób w historię koncept albumu. Całość miała w zamierzeniu sprawiać wrażenie utworu audio-dramatycznego, ale jest czymś o wiele lepszym. Dzięki swojej nieposkromionej inwencji artysta nie zagłębia się w, z natury pompatyczne i egzaltowane, sfery teatralnej dźwiękowej inscenizacji, jedynie przenosząc do swojego dzieła leciutkie muśnięcie atmosfery antycznej tragedii. Brakuje sztuczności związanej zazwyczaj z tego typu przedsięwzięciami, zabiegów w rodzaju szumu wiatru, krakania wrony, skrzypienia śniegu, wycia wilkołaka, ujadania psa, gwaru pogawędki w karczmie, demonicznego śmiechu brodatego beznogiego kapitana pirackiej łajby, trzasku dopalającego się drewna, mrocznej melodeklamacji i znowu szumu wiatru, krakania wrony, skrzypienia śniegu, wycia wilkołaka i tak dalej. Bardzo dobrze słychać, że Mount Eerie to follow-up do genialnego The Glow Pt. 2, kroczący tą samą ścieżką, wiodącą w kierunku artystycznego panteonu. Każdy dramatyczny element obecny na nowej płycie Microphones zagrany jest w sposób właściwy absolutnej chlubie K Records, dokładnie odwzorowujący zamierzony nastrój czy nawet fizyczne zjawisko, przy jednoczesnym zachowaniu spójności i oryginalności brzmienia, nie różniącego się zbyt wiele od uzyskanego na poprzedniku.

Wracając do trzech różnych wersji albumu – absurdalny wariant krążka złożonego wyłącznie z partii instrumentów perkusyjnych może wydać się dużo mniej osobliwy po zapoznaniu się z rozpoczynającym Mount Eerie kilkunastominutowym "The Sun", w większej części wypełnionym przeraźliwie gęstym, żarliwym uderzaniem w tam-tamy, przeistaczającym się w delikatną pieśń opowiadaną przez bohatera historii. Masywność i pochłaniająca klaustrofobia przywiodły mi na myśl "Spychacza" Ścianki: "Jestem spychacz / Będę ciebie spychał / Aż do śmierci". I oto czytamy pod "The Sun": "In which the story begins, where you are born and run away from death up the mountain in fear and are watched by a ball of fire". Książeczka załączona do Mount Eerie to ogromny, rozkładany, węglowy szkic szczytu po prawej stronie i kilkuwersowe streszczenia pięciu aktów tragedii po lewej stronie, ułożone pionowo z początkiem na dole. Cała sztuka to metaforyczna historia człowieka uciekającego przed śmiercią w góry, będąca ostateczną, czwartą częścią cyklu o żywiołach, poświęconą ziemi i wspomnianym górom. Omawianie historii mija się z celem, mogłoby bowiem zubożyć doznania związane z odkrywaniem tajemnicy albumu na własną rękę, a z pewnością wnętrze tego wzgórza warte jest tego, by się w nie zagłębić i eksplorować.

To, co czyni Mount Eerie nieco mniej przystępną od The Glow, Pt. 2, to znikoma ilość klarownie angażujących melodii, którymi poprzednia płyta wręcz eksplodowała albo motywów chociaż w części zbliżających się poziomem wymiatania do "I Want Wind To Blow". To, co czyni ją z kolei łatwiejszą do szybszego zrozumienia i objęcia, to bardzo przejrzysta na pierwszy rzut oka konstrukcja i koncepcja płyty. Tu mamy zarys tego, co powinniśmy starać się dalej odkrywać, podczas gdy The Glow z początku wydaje się zbyt monotonna, a jej ogromna wartość ujawnia się z pełną siłą wraz z coraz staranniejszym poznawaniem. Mimo ograniczonej liczby fragmentów przemawiających do bardziej popowo zorientowanego słuchacza, nie waham się nazwać Mount Eerie pozbawionym niedoskonałości albumem, a Phila Elvruma geniuszem.

Michał Zagroba    
28 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie